Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Wstyd, zażenowanie, złość. I brak nadziei

włącz .

W bogatej w sukcesy historii Lecha mieliśmy kilka momentów przykrych, wspominanych jak zły sen. Takich, jak klubowa wigilia po spadku z ekstraklasy, gdy zarząd stawał na głowie, by załatwić piłkarzom pieniądze na przeżycie świąt, ale musieli przeżyć wielkie rozczarowanie. Teraz jest równie beznadziejnie, bo nikt nie widzi sposobu na zatrzymane sportowej degrengolady.

Lech Poznań to nie tylko klub piłkarski. To nawet nie stan umysłu. To kilka takich stanów, kilka równoległych rzeczywistości. Klęska goni klęskę, jedno rozczarowanie przychodzi po drugim, kibice odwracają się od klubu, za którym murem stały całe pokolenia poznaniaków. Staje się on pośmiewiskiem, pomnikiem nieudolności i braku sportowych ambicji. Akurat w tym momencie przypadł termin opublikowania audytu finansowego, z którego wynika, że Lech po prostu kwitnie.

Po długich negocjacjach zarząd Lecha odnosi wielki, szeroko komentowany sukces: udaje się namówić wybitnego trenera na przejęcie drużyny. Łatwo nie było, Adam Nawałka stawiał trudne warunki, także finansowe, żądał zatrudnienia wielu swych znajomych. Gra wydawała się warta świeczki, bo były selekcjoner to tytan pracy, znakomity organizator, człowiek z ogromnym autorytetem, a tylko taki mógł postawić sponiewierany sportowo klub na nogi. Zarząd był głuchy na opinie, że drużyny Nawałki nigdy nie grały ładnie, że ponosił spektakularne klęski. Wyrzucano go z klubów za brak wyników, a prawdziwym nieudacznictwem było przygotowanie reprezentacji do mistrzostw w Rosji.

Nowy trener otrzymał pełnię władzy. Mógł sprowadzić nowych piłkarzy, ale nie chciał, bo klub miał na oku tych z upadającej Wisły. Jego Wisły. Mógł przygotować drużynę tak, jak chciał. Wpoić jej dowolną taktykę, byle tylko wygrywała. Zimowe sparingi śledziliśmy z niedowierzaniem, bo trener postępował, mówiąc oględnie, niestandardowo. Weryfikacją miały być pierwsze mecze ligowe. No i zweryfikowały. Nawałka okazał się wielkim destruktorem. Po prostu zniszczył drużynę. Oduczył ją grania w piłkę.

Co się stało z tymi piłkarzami? Co stoi za ich słabością? Wiele mówi się o podziałach w szatni, o pupilach trenera i tych, których nie docenia. Na konferencjach prasowych opowiada o ciężkiej pracy, o odprawach taktycznych, o przechodzeniu z defensywy do ofensywy. Po kolejnych klęskach zapowiada dokładną analizę i wyciąganie wniosków. Zapewnia, że doskonalenie gry trwa, że będzie efektywność i efektowność. Jak to tłumaczyć? Stracił poczucie rzeczywistości, czy gra na czas?

Kryzys pogłębia się, sezon został stracony, przepadło mnóstwo pieniędzy, a może być jeszcze gorzej. Zmiany trenera tym razem nie będzie, co musimy widzieć jako zgodę na dalsze rozmontowywanie drużyny. Piłkarze sprawiają wrażenie zmuszanych do tego, czego nienawidzą. Starają się nie uwidaczniać frustracji, ale ona z nich wychodzi podczas każdego meczu. Każdy dzień pracy Adama Nawałki w Lechu to kolejny krok w stronę upadku. Mimo wieloletniego doświadczenia jeszcze mu się nie zdarzyło opanowanie kryzysu. Obecnego też nie powstrzyma.

Jan Urban też odnosił fatalne wyniki (choć do aż takiego kryzysu nie doprowadził), a zarząd przedłużył z nim umowę. Po to, by ją za chwilę zerwać. Nie można więc wykluczyć, że Nawałkce powierzy misję przebudowy zespołu na nowy sezon, zatwierdzania transferów. Ten krok byłby uśmierceniem klubu, ośmieszeniem go po raz ostatni. 97 rocznica powstania Lecha przypominała stypę. Setnej rocznicy moglibyśmy nie doczekać.

Gdyby nawet zarząd klubu naprawił swój błąd i znalazł sposób na pozbycie się wielkiego destruktora, trzeba byłoby zaangażować nowego trenera, wspólnie z nim budować zespół. Powierzenie tego zadania klubowym specjalistom od sportu, a innego rozwiązania przy obecnej strukturze zarządzania nie ma, byłoby fundowaniem sobie kolejnego kryzysu. Właśnie na tym polega beznadziejne położenie Lecha Poznań.

Józef Djaczenko