Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Nawałka jako Mesjasz

włącz .

Przez ostatni tydzień niewiele mówiło się o katastrofalnej sytuacji Lecha, o złym potraktowaniu Ivana Djurdjevicia. Opinia publiczna nie żyje klęskami klubu, ale negocjacjami z niedawnym selekcjonerem, postacią budzącą niemałe zainteresowanie. Jeżeli ujawnienie tego było celowe, jak sugerują moi koledzy dziennikarze, trzeba ten ruch uznać za trafne marketingowo posunięcie – oczywiście pod warunkiem, że rozmowy nie zakończą się fiaskiem.

Nie wiemy, czy władze Lecha świadomie posłużyły się Adamem Nawałką, jak pięć miesięcy wcześniej Ivanem. Być może wszystko samo się korzystnie dla klubu ułożyło. Przekonamy się, gdy poznamy efekt rozmów. Dziś słyszymy tylko tyle, że obie strony w czwartek długo negocjowały i że kandydat na trenera w rzeczywistości jest kandydatem na dyrektora sportowego, szefa skautingu i szkoleniowca w jednej osobie. Takie warunki nie są łatwe do zaakceptowania, bo w dużym stopniu ograniczają wpływ klubu na drużynę. Jednak sympatycy Kolejorza od lat o niczym bardziej nie marzą.

Dobrym rozwiązaniem byłoby pełnienie przez Nawałkę funkcji, którą można określić jako klubowy odpowiednik selekcjonera. Miałby decydujący głos w sprawie budowy zespołu. To on decydowałby, których piłkarzy klub sprowadza. Kierowałby wychowanków do pierwszej drużyny, dawał im szansę pokazania się. Przydałby mu się jednak (choć oczywiście sam tego nigdy nie przyzna) ktoś, kto na prowadzeniu drużyny w meczu, wyznaczaniu taktyki zna się lepiej niż on.

Zespoły Nawałki rzadko demonstrowały widowiskową i skuteczną grę. Nawet w poprzednim miejscu pracy, mając do dyspozycji zawodników dużej klasy i na dodatek superstrzelca Lewandowskiego, preferował system ostrożny. Kto wie, czy przez to na Mistrzostwach Europy we Francji nie przepadła szansa na jeszcze lepszy wynik. Trener nastawiał się na dowiezienie remisu do końca, na rzuty karne. Raz się udało. A raz niestety nie. Natomiast w Rosji jego źle przygotowanym, zagubionym podopiecznym nie wychodziło nic. Określenie „niski pressing” przeszło do historii jako synonim bezradności.

Nawałka to wyśmienity, zaangażowany na sto procent w to, co robi organizator. Chce mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, zaplanowane z dużym wyprzedzeniem, realizowane z żelazną konsekwencją. W ten sposób można wprowadzić dyscyplinę, zmusić cały sportowy pion klubu do ciężkiej pracy. Niestety, sportowego sukcesu to nie gwarantuje. Trzeba jeszcze mieć wyczucie, potrafić zaryzykować, posłużyć się intuicją. Dobry trener musi mieć coś z maga – coś nieuchwytnego, wymykającego się racjonalnej ocenie, pozwalającego wygrywać mając zawodników słabszych niż przeciwnik. Miał to Kazimierz Górski, czasami ujawniało się u Smudy, także u Skorży.

Były selekcjoner zasłynął ze ślepej wiary w niektórych piłkarzy. Przybrało to formę karykaturalną, gdy w bój przeciwko świetnym technicznie, wybieganym napastnikom posyłał topornego Cionka. Z drugiej jednak strony Arkadiusz Milik nie zrobiłby tak błyskawicznej kariery, gdyby nie konsekwencja Nawałki w wystawianiu tego juniora do składu Górnika Zabrze, ku wściekłości kibiców. Możemy się domyślać, że podobnie będzie w Lechu. Kibicom nie spodobają się niektóre posunięcia trenera, ale on nie będzie sobie z tego nic robił. Także z życzeń zarządu liczącego na sprzedaż któregoś z zawodników. I nie wiemy, czy jego konsekwencja wyjdzie klubowi na dobre, czy na złe.

Lechowi bardziej niż Nawałka przydałby się trener potrafiący zmusić drużynę do atrakcyjnej, ofensywnej, ambitnej gry. Takiej przynajmniej, jaką zadziwiała w okresie późnego Smudy. Taki szkoleniowiec musi współpracować z ludźmi dostarczającymi mu graczy niezbędnych do tego, by dobrze zbilansowany zespół nie zatracał swego stylu, lecz go doskonalił. W Lechu niestety takich osób od ośmiu lat nie ma, więc rozchwiana drużyna co jakiś czas wpada w potężny kryzys. W tej sytuacji ktoś taki, jak Nawałka, przy wszystkich jego wadach, przyda się.

Józef Djaczenko