Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Wielka smuta przy Bułgarskiej

włącz .

Ivan odejdzie czy zostanie w Lechu? Kto go zastąpi? – takie pytania słyszę ostatnio coraz częściej, szczególnie po blamażu w Częstochowie. Zgodnie z przekonaniem odpowiadam, że Ivan zostanie. Przetrwa na posterunku co najmniej do końca roku, a prawdopodobnie dużo dłużej. Wyniki drużyny nie mają tu znaczenia. One właściwie nigdy w tym klubie nie były najważniejsze.

Przeciętny kibic Lecha wyobraża sobie, że władze klubu kierują się podobnymi wartościami, co on. Skoro drużyna gra źle, to trzeba dokonać zmian, by poprawić sytuację, ratować sezon, wywalczyć wreszcie jakiś sukces. Na takie rozumowanie nie ma tu miejsca. Zdobywanie trofeów wymaga wysiłku i przynosi zakłócające święty spokój komplikacje. Lech przypomina kluby z zamierzchłej przeszłości, gdy zdecydowana większość działaczy modliła się tylko o bezpieczne miejsce w środku tabeli, czyli o spokojne trwanie.

Ivan Djurdjević nie po to został namaszczony, by zdobywać trofea. Jego zadaniem było odwrócenie kibicowskiego gniewu od zarządu klubu. Został wystawiony na strzał. Nie było ważne, czy sobie poradzi, czy jest już gotowy do pełnienia tak odpowiedzialnej i – co tu dużo mówić – niebezpiecznej funkcji. Został poświęcony w imię spokoju przy Bułgarskiej. Dzieckiem nie jest. Wiedział, na co się pisze.

Jako piłkarz zasłynął charakterem, niezłomnością. Potrafił pociągnąć zespół do walki. Można było liczyć, że te cechy pomogą mu zamienić roztrzęsionych, ciężko przestraszonych, zrezygnowanych zawodników w wygrywający team. Że nie będzie już odpuszczania, poddawania się przed meczem, bo Ivan takiej postawy nie zaakceptuje. Pożegna się z każdym, kto nie podejmie walki na całego. A ponieważ zna się na futbolu, to potrafi ustawić drużynę taktycznie, wcześniej dobrze ją przygotować do sezonu.

Początkowo źle to nie wyglądało. Niedostatki w grze były ewidentne, ale wszyscy mieli w pamięci klapę z poprzedniego sezonu. Taktyczne nowinki traktowano z wyrozumiałością. Nikt nie wypominał Ivanowi, że je wdraża nie mając wykonawców, że po piłkarzy musi sięgać do trzecioligowych rezerw, że drużyna nie potrafi realizować jego pomysłów, nie załapuje nowego systemu z wahadłowymi i trzema obrońcami.

Klub dokonał drogich zakupów. Tiba okazał się dobrym zawodnikiem, a Amaral w pierwszych meczach ośmieszał przeciwników, górował nad nimi techniką i zwinnością. Im dłużej trenowali pod okiem Ivana, tym mniej różnili się od kolegów z drużyny. Ich słabości szczególnie obnażył mecz w Warszawie. Za niepodjęcie walki cała drużyna powinna wylądować w rezerwach, ale Ivan okazał się zadziwiająco tolerancyjny. Piłkarze odpuszczali kolejne mecze, też bez konsekwencji. Trener wymaga od nich dużo mniej niż kiedyś od siebie. Być może zdaje sobie sprawę, że ich forma to w dużej części „zasługa” jego sztabu.

Dziś już wszyscy widzą, jakie dokonało się spustoszenie. Zawodnicy są coraz słabsi. Robią bokami, biegają z musu. Bramkarze uchodzący wcześniej za najlepszych w lidze, zagubili się, rozkojarzyli. Nie znamy wyników badań, więc nie wiemy, czy piłkarze są „zajechani”, czy niedotrenowani. W każdym meczu pokonują wyraźnie mniejszy dystans niż rywale. Przegrywają bezpośrednie pojedynki, brakuje im dynamiki. Sytuacja się pogarsza, ale ratunku nikt nie szuka. Władze klubu robią tylko to, co opanowały do perfekcji: włączyły tryb przeczekania. Na radykalne kroki przyjdzie czas dopiero wtedy, gdy wszystko zacznie się doszczętnie walić, zespół pójdzie w rozsypkę, dojdzie do zamieszek.

W sporcie tak już jest, że kto nie stawia sobie wysokich celów, ten z kretesem przegrywa. Od piłkarzy Lecha zbyt długo nikt niczego nie wymagał, by z dnia na dzień zmieniła się ich mentalność. Podobno szykuje się radykalna wymiana zawodników, ale takie zapowiedzi to przy Bułgarskiej nic nowego. Jedyną prawdziwą zmianą byłoby powierzenie zarządzania fachowcom. Takim, którzy zostaną z efektów rozliczeni, a nie takim, co sami rozliczają. Łączenie władzy ustawodawczej z wykonawczą to zły pomysł.

Atmosfera wokół Lecha robi się martwa. Kibice załamali ręce, stadion się wyludnia. Właściciel Lecha, który kilkanaście lat temu zapowiedział sprzedawanie emocji, został z pustymi rękoma. Niczego już nie sprzeda. Klubu chyba też nie.

Józef Djaczenko