Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Bezradność totalna

włącz .

Świat chyba się kończy, skoro w Poznaniu i okolicach ludzie dyskutują, czy odpuścić sobie przychodzenie na stadion. W niemal stuletniej historii Lecha z czymś takim jeszcze się nie spotkaliśmy. To reakcja na to, co się w klubie dzieje i co przybiera obrót groźny. Drużyna jest w permanentnym kryzysie, który przybrał już postać prawidłowości. Jeżeli dochodzi do równowagi, to na chwilę.

Jedni kibice przekonują, że kto nosi Lecha w sercu nie ma prawa odpuścić, przestać chodzić na mecze. Ze swoją drużyną trzeba być na dobre i na złe. Inni natomiast są zdania, że przychodzenie na stadion to działanie na niekorzyść klubu, przedłużanie jego agonii, konserwacja śmiertelnego układu. Lech potrzebuje głębokich zmian, głównie na samej górze. Bez nich będzie się staczał. Niezbędne są więc działania radykalne.

Możemy krytykować jedną lub drugą postawę, ale trzeba pamiętać, że ludzie mający Lecha w sercu przeżywają autentyczny dramat. Dla nich klub nie jest jakąś tam firmą, którą będzie można zmienić, gdy nic więcej nie da się z niej wycisnąć. Nie jest jedną z wielu drużyn, przez które przebiega piłkarska kariera. Dla prawdziwych kibiców, a takich są w Wielkopolsce tysiące, Kolejorz to najważniejsza rzecz na świecie. Do tej pory żyli i oddychali Kolejorzem. Teraz ze zdziwieniem stwierdzają, że Lech, który nie walczy, jakoś przestał ich kręcić.

W „Lalce”, wspaniałej powieści Bolesława Prusa pada słynne zdanie: „Największą zbrodnią jest zabić miłość”. Ludzie władający obecnym Lechem właśnie takiego czynu się dopuścili. Spowodowali, że uczucia sporej części fanów wygasły. Zamiast je kultywować i wykorzystywać, bo to wartość, której nie kupi się za żadne pieniądze, przedmiot marzeń właścicieli wielu klubów piłkarskich – dopuścili się karygodnego marnotrawstwa. Kurę znoszącą złote jajka uznali za zbędną.

Kiedy w firmie źle się dzieje i doraźne środki zaradcze skutków nie przynoszą, niezbędne są radykalne zmiany. O tym wie każdy, kto para się zarządzaniem, prowadzi własny biznes, ma coś do powiedzenia w korporacji. W Lechu, najważniejszym klubie dużej części Polski, trwa chocholi taniec: co jakiś czas następuje przesilenie, trener jest wyrzucany, przychodzi nowy, „na lata”. Historia cyklicznie się powtarza, więc nikt już nie ma wątpliwości, że to nie od trenerów, nie od piłkarzy zależy. Ten klub trzeba zorganizować na nowo. Rewolucji jednak nie będzie, ustrój się nie zmieni. Właśnie na tym polega dramat Lecha Poznań.

Latem, gdy wszystko wydawało się walić doszczętnie, a kibice mieli dosyć, trenerem został charyzmatyczny Ivan Djurdjević, powszechnie szanowany człowiek Lecha. Ma wielkie chęci i mnóstwo energii, wręcz spala się w działaniach na rzecz swej drużyny, ale nie wiemy, czy nie wybrał się z motyką na słońce. Nie udaje mu się nawet zmusić piłkarzy do walki, do biegania po boisku. W Lechu nabawili się syndromu odpuszczania, niemożności. To skutki lata trwającego minimalizmu, przyzwolenia na bylejakość. Kiedy po zmianach we władzach klubu zaczęło się tak zwane równoważenie budżetu, wyniki sportowe zeszły na daleki plan, a najbardziej skandaliczne porażki traktowano z pełną wyrozumiałością. To wtedy drużyna zaczęła się mentalnie staczać. Dziś mamy tego skutki.

Bezradność powszechna, totalna – tak można określić to, co dzieje się, a nawet się nasila w Lechu Poznań. Nie widać nikogo, kto nadałby klubowi nowy kierunek rozwoju. Gdyby nawet Ivan był trenerskim geniuszem, też by niczego nie zdziałał, nie znalazłby wyjścia ze ślepej uliczki. Tu nie pomoże żaden trener, żaden milionowej wartości piłkarz, żadna wzorcowa akademia. Wszystko pójdzie na straty. Ostatnie lata to wielkie trwonienie potencjału. Obraca się milionami bez pomysłu na rozwój drużyny, a trenerów zatrudnia w trybie nagłym, by sprzątali po poprzednikach.

Kibice domagają się zmian w zarządzaniu. Chcieli mieć dyrektora sportowego, i go mają. Nie wiemy jednak, jakie powierzono mu kompetencje. Ograniczy się do wprowadzania wychowanków do pierwszej drużyny, czy też zacznie realizować własną wizję jej budowy wykorzystując wiedzę, doświadczenie, kontakty? Jako szeregowy członek komitetu transferowego będzie dyrektorem-atrapą. Tu trzeba podejmować kroki decydujące o przyszłości całego klubu. Szkolenie młodzieży, prowadzenie finansów, marketing i promocja są ważne, ale nic po nich, gdy nie potrafi się zarządzać drużyną, dbać o jej rozwój.

Kiedyś Lecha było stać na odważne, wizjonerskie decyzje, takie jak wydanie miliona na sprowadzenie z Pruszkowa Roberta Lewandowskiego. Dzisiejsze władze klubu nie zdobyłyby się na to. Dowodzi tego sprawa Krzysztofa Piątka. Mógł tu grać, ale poszedł tam, gdzie go chcieli i to Cracovia zarobiła miliony euro. Dziś ten piłkarz jest gwiazdą Serie A i dowodem poznańskiej niekompetencji. Właściciel szpitala nie może być jednocześnie ordynatorem. Dyrektor filharmonii nie ma prawa udawać dyrygenta, bo to nie jego rola. Natomiast w Lechu uchodzą największe dziwactwa. Gdy wszystko stoi na głowie, wieczny kryzys jest stanem naturalnym.

Józef Djaczenko