Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Katastrofa budowlana

włącz .

Piłkarze Lecha niczym już nas nie zaskoczą. Przeżyliśmy pucharowe klęski po litewsku i po islandzku, napatrzyliśmy się na ligowe porażki, załamaliśmy się pod koniec poprzedniego sezonu. Kiedy wydawało się, że teraz już będzie normalnie, bo będąca w budowie drużyna najgorsze ma za sobą, przyszedł mecz z Wisłą. Okazało się, że temu zespołowi nadal coś dolega. Coś poważnego.

W pierwszej części spotkania wydawało się, że nie będzie problemów z pokonaniem kolejnego ligowego przeciwnika. Piękna bramka Amarala, pewne wykorzystanie karnego przez Gytkjaera, wcześniej strzał Gajosa w słupek, potem jeszcze zmarnowana „setka” Amarala i kolejne szanse bramkowe – wszystko to przekonywało, że mimo niepewnej, chwilami wręcz niezbornej obrony Lech strzeli więcej bramek niż może ich stracić. Wydarzyło się niestety coś, co przejdzie do historii nie tylko Lecha Poznań.

W tym jednym meczu ujawniły się wszystkie niedostatki gdy Lecha. Wszystkie jednocześnie. Problemy z grą trzema obrońcami, gdy wahadłowi, a zwłaszcza Makuszewski potrafią tylko atakować. Brak umiejętności defensywnych całej drużyny. Kłopoty z takim opanowaniem środka boiska, by przeciwnikowi nie wychodziły akcje oskrzydlające, wykorzystujące brak bocznych obrońców Lecha. Brak zawodnika potrafiącego przytrzymać i rozegrać piłkę. Cywka jest piłkarzem na średnim ligowym poziomie. Potrzebny był ktoś ponad ten poziom wyrastający. Dobre przygotowanie wydolnościowe nie zastąpi piłkarskich umiejętności.

Największym minusem Lecha jest gra obronna całej drużyny. Bywają momenty, gdy staje się żałośnie bezradna. We Wrocławiu, czy w kolejnych meczach łapała przeciwnika na spalone. Trener Wisły odrobił zadanie domowe i ta broń stała się bezużyteczna. Wiślacy przedostawali się pod bramkę Buricia dziecinnie łatwo, a powolni, mało mobilni obrońcy nie mieli recepty na akcje skrzydłami. Zawsze byli spóźnieni, a w drugiej połowie żal było patrzeć na ich bezradność. Na to nałożyły się proste i notorycznie powtarzane błędy, za które w innych ligach piłkarz długo musi czekać na kolejną szansę gry. To, co wyczyniali Janicki, a zwłaszcza stateczny i niezborny Vujadinović, woła o pomstę do nieba. De Marco rzadziej się mylił, ale i jego piłkarze z Krakowa łatwo gubili.

Wydawało się, że mnóstwo okazji bramkowych, jakie stworzył sobie KRC Genk, to wynik umiejętności i szybkości tego zespołu. Po kilku dniach tak samo potraktowała Lecha Wisła, i była nawet skuteczniejsza od Belgów. Teraz już wszyscy wiedzą, jak łatwo można pokonać Kolejorza. W niedzielę kompletnie sobie nie radził z pressingiem rywala. Nie potrafił się uwolnić. To, a także błędy w obronie i problem z wykorzystaniem wielu stworzonych okazji bramkowych stały się przyczyną jeszcze jednej historycznej klęski.

Gdy na ławce trenerskiej zasiada Ivan Djurdjević, trochę łatwiej nam znieść takie upokorzenie. Wiemy, że ten człowiek potrafi wyciągać wnioski, spróbuje poszukać recepty. Pewnie już wie, że popełnił błąd nie dając szans graczom wypoczętym, mniej rozpracowanym przez przeciwnika. Zespół ciągle ma atuty, głównie w postaci nowych, klasowych piłkarzy. Wiemy już, na co stać Amarala i Tibę. Czekamy na Dioniego, na optymalną formę Makuszewskiego i dalsze postępy Jóźwiaka, który miał prawo, po trzech dniach, zagrać trochę słabiej. Jednak Lech nigdy nie będzie grał lepiej, jeśli nie poprawi obrony. To od niej powinna się zacząć budowa drużyny.

Obecna obrona jest zwyczajnie słaba. Do tego po ostatnich wyczynach chyba już straciła wiarę w siebie. Tylko Rogne, o ile jest zdrowy, gra na odpowiednim poziomie. Potrzeba takich kilku. W dodatku drużyna ma problem z opanowaniem nowej taktyki, co Wisła wykorzystała bezwzględnie. Przed Lechem pracy mnóstwo, a pierwszym krokiem musi być wzmocnienie defensywy. Brak konkretnych ruchów i wiara, że skoro Ivan ma poparcie kibiców, to nie trzeba się wielce wysilać, daleko tego klubu nie zaprowadzi. Gdyby nastąpiło kolejne przesilenie, milionowe transfery poszłyby na marne.

Józef Djaczenko