Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lokomotywa na właściwym torze

włącz .

Wielokrotnie wydawało się, że idą nowe czasy dla Lecha. Przychodził trener, brał rozbity zespół do kupy, otrzymywał nowych zawodników, odnosił dobre wyniki. Prędzej lub później dzielił los wszystkich poprzedników – wyrzucano go, gdy zespół wpadł w kryzys. Teraz jest jakoś inaczej. Nigdy dotychczas kibice nie pokładali tak wielkich nadziei w jednym człowieku.

Ten człowiek to Ivan Djurdjević. Trener bez poważnego doświadczenia. Jeżeli jednak jemu się nie powiedzie, to w panującym przy Bułgarskiej układzie chyba już nikomu. Początki były bardzo trudne, ale potem pojawiły się symptomy, że Poznańska Lokomotywa kieruje się na właściwy tor. Przed nią trudna trasa, mechanizmom wciąż daleko do sprawnego funkcjonowania. Przydarzy się niejedna awaria, trzeba będzie pokonywać rozmaite przeszkody, ale nadany kierunek jest trafny.

Ivan nie ma trenerskiego doświadczenia, ma jednak charakter i otwartą głowę. W Lechu nie został najemnikiem. W to, co robi wkłada całe serce, cały rozum i to wszystko, czego się nauczył obcując od dziecka z profesjonalnym futbolem. Wiemy już, że potrafi usuwać mankamenty, co u poprzednika regułą nie było. Wprost przeciwnie, trzymał się ich kurczowo, czego przyczyną było powielanie niepowodzeń, nieumiejętność przerywania fatalnych długich serii, na przykład wielomiesięcznego okresu bez zwycięstwa na wyjeździe.

Pierwsze mecze Lecha w nowym sezonie były fatalne. Kibicom zostały oszczędzone brzemienne w skutki, kompromitujące porażki, bo choć zespół niczego nie stracił, to jakość gry napawała smutkiem i głębokim pesymizmem. Nic nie wskazywało, że ci ludzie potrafią się zmienić. A jednak poprawa nastąpiła, i to nie jednorazowa, przy okazji potyczki z łatwym do ogrania przeciwnikiem. W każdym kolejnym spotkaniu widzimy coś lepszego, ciekawszego. Trener trafił do piłkarzy. Drużyna stopniowo eliminuje błędy.

Nie tylko Ivan wywołał nadzieje, że Lech znów będzie Lechem. Zmieniła się też polityka transferowa. Władze klubu nie sprowadzają już byle jakich zawodników, choćby i kontuzjowanych, byle tanich. Nie szczędzą grosza. Budują jakość, a ona kosztuje. Stwierdzenie, że można mieć świetnych piłkarzy za psi grosz, że można przepłacić wydając dużo za graczy niewiele wartych, zostało skompromitowane. Jak się kiedyś w Polsce mówiło – tanie mięso psy jedzą. Lech bierze ostatnio towar wysokiej jakości. Nikt już nie ma wątpliwości, że było warto. Chobłenkę, czy Koljicia może mieć każdy polski klub. Na Tibę i Amarala stać najwyżej dwa.

Obaj Portugalczycy to piłkarze z innej bajki. U siebie nie byli gwiazdami, nie byli zawodnikami rozchwytywanymi. Polska liga stoi na tak niskim sportowo poziomie, że zawodnicy tej klasy, co Ofoe, Tiba, Amaral (mamy nadzieję, że także Dioni) wyrastają ponad poziom. Wiemy już, na co stać Lechowych Portugalczyków. Tiba imponuje dojrzałością, opanowaniem piłki, przeglądem pola, a jego dalekie, precyzyjne przerzuty w sekundę zapewniają Lechowi przewagę w kluczowej strefie boiska. Amaral ma technikę, jakiej w polskiej lidze chyba nie miał nikt. Z piłką robi, co chce. Jest przy tym szybki, potrafi zmylić obrońców jednym balansem ciała. Grał tyle, co nic, bo wchodził w końcówkach, ale w tym czasie oddał chyba z tuzin dobrych, obronionych przez bramkarzy strzałów, wykonywał kluczowe podania. Kiedy osiągnie pełnię formy, rywale Lecha będą mieli poważny problem.

Być może bez Portugalczyków też udałoby się wyeliminować Białorusinów, byłoby to jednak bardzo trudne. Przed Lechem mecz z Genkiem, przeciwnikiem bez porównania trudniejszym. Jeszcze kilka tygodni temu powiedzielibyśmy, że awans do czwartej rundy eliminacyjnej Ligi Europy nie wchodzi w rachubę. Lecha na to zwyczajnie nie stać. Teraz już nie jesteśmy tak kategoryczni. Przeciwnik jest teoretycznie silniejszy, ale nie ma w składzie nowych gwiazd Lecha. Inna sprawa, że w pierwszym meczu Lech nie będzie miał ich w komplecie, bo Tibę eliminują kartki, zagra jednak w rewanżu. Ekipa Djurdjevicia czyni postępy. Amaral gra coraz dłużej. Szanse na awans są.

Najpierw jednak Lech jedzie do Wrocławia, gdzie od lat nie wygrał. Tym razem też o to będzie trudno, mając w nogach i w pamięci rozegrane trzy dni wcześniej 120 minut. Śląsk jest zresztą w formie od wielu miesięcy, od dawna nie przegrał, trener Tadeusz Pawłowski dobrze zna swoje środowisko i potrafi dotrzeć do piłkarzy. Nie ma tam takich gwiazd, jak przy Bułgarskiej, więc najwięcej goli zdobywa solidny obrońca Celeban. Leciwy Robak formą nie błyszczy, marzy zresztą o sportowym awansie – chce grać w drugoligowym Widzewie.

Mimo zmęczenia i ciągle pokutujących niedostatków w grze, mimo kłopotów z opanowaniem taktyki z trzema środkowymi obrońcami, Lech ma wielkie szanse wygrać we Wrocławiu. Trener Djurdjević twierdzi, że na tym etapie rozgrywek rotacje są zbędne. Rzeczywiście, zespół wydaje się świetnie przygotowany fizycznie. W pięciu kolejnych meczach zdobywał gole tuż przed końcem. W ostatnim przypadku – tuż przed końcem dogrywki. Sił nie zabraknie, zgranie jest coraz większe, nowe gwiazdy błyszczą. Powody do optymizmu istnieją, ale musimy pamiętać, że Lech wciąż jest w budowie, więc nie mamy jeszcze prawa żądać samych zwycięstw.

Józef Djaczenko