Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Nowy Lech rodzi się w bólach

włącz .

To może być smutny sezon dla kibiców Lecha. Po latach prób i błędów, po wyrzucaniu trenerów i łykaniu gorzkich porażek, pod względem sportowym klub znalazł się w punkcie wyjścia. Franciszek Smuda zbudował porządną drużynę dopiero w trzecim sezonie pracy w Poznaniu, nikt nie nakładał na niego presji. Ivan Djurdjević też składa ją od początku, a czasu nie ma wcale.

Pierwszy mecz nowego Lecha był rozczarowaniem i narastającą męczarnią dla tych, co go oglądali. Trener nie otrzymał nowych piłkarzy. Wzmocnień nie ma prawie wcale. Musi zbudować solidną ekipę składającą się z tych piłkarzy, którzy zawodzili w ostatnich sezonach, bo nikt w klubie nie oczekiwał od nich sukcesów, nie rozliczał za brak trofeów. Gracze są ci sami, ale gra inna. Póki co – gorsza nawet od tej z końcówki ostatniego sezonu.

Lech Djurjevicia ma grać inaczej pod względem wolicjonalnym i taktycznym. W pierwszym spotkaniu trener postawił na trzech obrońców i teoretyczne wzmocnienie siły ofensywnej. Skutek był marny. Niezgrana, rozciągnięta ponad miarę formacja defensywna popełniała błędy w ustawieniu. Wahadłowi rzadko ją wspierali. Szybcy skrzydłowi Gandzasaru mogli sobie poszaleć, bezkarnie stwarzać zagrożenie. Nie miał kto ich powstrzymać. Środkowi defensorzy dawali się wyprzedzać, nie zawsze nadążali za szybkimi przeciwnikami.

Siła ognia miała być większa, a okazała się mizerna. Gytkjaer był w ataku sam. Jak zwykle był w ruchu, zmieniał pozycje. Kiedy można było skierować do niego prostopadłe podanie, pomocnicy woleli zagrywać do tyłu, w stylu przestraszonej drużyny Nawałki. Dobrze, że udało się szybko zdobyć dwie bramki. Źle, że nie było trzeciej. Paweł Tomczyk wrócił z wypożyczenia jako nadzieja Lechowego ataku. Gdy przyszła pierwsza próba, nie dał rady. Jevtić zawsze wolał pełnić obowiązki ofensywne. Miał wspierać Gytkjaera, ale można go nazwać wielkim nieobecnym na boisku. Jeszcze słabiej wypadł Radut, niczego nie dał drużynie. Tylko Gajosa było stać na ciekawe rozwiązania ofensywne, niestety nie przez cały mecz.

Łukasz Trałka spędził cały mecz na ławce. W sparingach nie błyszczał, może więc trener uznał, że trzeba poczekać na jego powrót do formy. Cywka starał się być aktywny, wspierał defensywę i od czasu do czasu skrzydłowych. Sporo było w tym chaosu, zdarzały się błędy, ale i kilka dobrych akcji ratunkowych. W ofensywie najbardziej podobał się Makuszewski, oprócz Buricia jedyny zawodnik, który zagrał na takim poziomie, na jaki go stać. Zastanawia duża dysproporcja formy poszczególnych zawodników, którzy przecież wspólnie przygotowywali się do sezonu. W porównaniu do „Makiego” inni zawodnicy wypadli słabiutko.

Trener Lech nie w każdym spotkaniu będzie stosować podobne ustawienie taktyczne. Akurat w czwartkowym przydałoby się dotychczasowe, z bocznymi obrońcami skuteczniej powstrzymującymi ataki zespołu z Armenii. Jeżeli trojkę środkowych obrońców będziemy oglądać na boisku częściej, to trzeba się nastawić na słabe mecze Lecha, oby nie wszystkie. Nawet ekipa ze słabej ligi armeńskiej potrafiła tworzyć duże zagrożenie po poznańską bramką. Solidniejsze drużyny zrobią to dużo lepiej. Nie zawsze bramkarzowi Lecha będzie dopisywało takie szczęście, jak w czwartek. Nastawianie się na zawojowanie w tym sezonie Ligi Europy nie ma sensu. Raczej trzeba się liczyć z wczesnym odpadnięciem. Za rok Lecha w pucharach może nie być wcale. Mecz z Gandzasarem w pełni to wszystkim uświadomił.

Dziś jeszcze nie wiemy, czy nowy trener podąża słuszną drogą, czy praca jego i piłkarzy przyniesie owoce, czy sprawdzi się wprowadzony teraz system gry. Jeżeli tak, to bez wątpienia nie od początku. Pierwsze fragmenty sezonu mogą być niewesołe. Ivan jest optymistą. Wierzy, że zaszczepi drużynie ducha walki. Problem w tym, że jeżeli nawet mu się uda, to sama waleczność nie wystarczy, przydałoby się więcej piłkarskiej jakości. Nie ma co zamieniać Lecha w Koronę Kielce. Wspomniany Smuda spokojnie budował drużynę otrzymując, dzięki fachowo pracującym skautom, coraz to bardziej klasowych graczy, wśród nich także Ivana Djurdjevicia. Teraz klub ma dużo większe możliwości finansowe niż dekadę temu, ale z nich nie korzysta.

Józef Djaczenko