Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Minimalizm z długą tradycją

włącz .

Absurd jest niebywały. Wiceprezes czołowego polskiego klubu piłkarskiego po fakcie informuje opinię publiczną o wyrzuceniu z gabinetu piłkarzy twierdzących, że nie stać ich na mistrzostwo. Piłkarze (w odpowiedzi?), którzy przez cały sezon nie ponieśli na własnym stadionie porażki, przegrywają przy Bułgarskiej cztery mecze rundy dodatkowej. Czyli wszystkie. Lech ośmieszył się przed całą Polską, a ta historyjka do końca go pogrąża.

Lech nie jest już poważnym klubem piłkarskim. Może kiedyś znów takim będzie, ale ostatnio jego wizerunek legł w gruzach. Osoba odpowiedzialna za sport zaklina się, że nie ustąpi, nie podda się, będzie walczyć. Taki klincz źle wróży Lechowi i osobom, którym na nim naprawdę należy – kibicom. Zwalanie winy na trenera, którego się sprowadziło i którego obdarzyło się absolutnym zaufaniem, pozwoliło się mu zastąpić dział skautingu, to słabe tłumaczenie. Także oskarżanie piłkarzy o minimalizm jest biciem się w cudze piersi.

Nie wiemy, jak to było z tymi piłkarzami w gabinecie wiceprezesa Rutkowskiego, ale z pewnością nie oni zaprowadzili przy Bułgarskiej minimalizm. To długa tradycja. Zaczęła się wyrzuceniem osób mających pojęcie o futbolu i przejęciem pełni władzy przez ludzi, którzy trwają na posterunku do dziś. Minimalizm to ich dzieło, a przykłady można mnożyć. Kiedy nikt w Polsce nie miał wątpliwości, że Bakero do sukcesów Lecha nie poprowadzi, priorytetem było uniknięcie problemów związanych ze zmianą trenera. Bakero trwał aż do całkowitego upadku, choć na grę drużyny od dawna nie można było patrzeć.

Tolerowanie takich wpadek, jak klęska z Żalgirisem było proszeniem się o islandzki blamaż. Zarząd Lecha przez palce patrzył na klęski, po których w każdym normalnym klubie nastąpiłoby trzęsienie ziemi. Każdy trener mógł pracować w poczuciu, że tu toleruje się wszystkie wpadki. Dramatyczne, ratunkowe ruchy następują dopiero kiedy wszystko zaczyna się walić. Czyli za każdym razem, bo w takich okolicznościach wyrzucani byli wszyscy szkoleniowcy. Także Urban, który kilka tygodni wcześniej, w nagrodę za przegrany sezon, uzyskał przedłużenie umowy. Czy można sobie wyobrazić lepszy przykład minimalizmu?

To nie piłkarze zamienili kultowy klub w korporację funkcjonującą na dziwacznych zasadach. Władze budowały drużynę, która miała odnieść sukces w 2020 roku, walczyły z transferowym szaleństwem, równoważyły budżet, kibicowskie emocje usiłowały zastąpić korporacyjnym hasełkiem „mocni razem”. Piłkarze, których wiceprezes wyrzucił z gabinetu, też uczestniczyli w ceremonii złożenia podpisu na tablicy w stadionowym holu. Zarząd klubu oderwał się od rzeczywistości, ale ciekawe, że nikt nie podpowiedział, iż sensem istnienie klubu piłkarskiego jest wygrywanie. Za wszelką cenę.

Zniechęconych kibiców trudno będzie przekonać do powrotu na stadion po ośmiu meczach kary. Nawet Ivan Djurdjević może mieć z tym problem, choć jest teraz jedyną osobą podejmującą decyzje, której wierzą bez zastrzeżeń. Jest też jedyną osobą z pojęciem o futbolu. Nie wiadomo, czy jego rola będzie polegała tylko na szkoleniu, czy też będzie miał wpływ na sportową strategię. W każdym normalnym, nastawionym na sukcesy klubie trener ma wiele do powiedzenia, ale jeszcze więcej znaczy główny manager, dyrektor sportowy, czy jak byśmy go nie nazwali. Nie jest to osoba przypadkowa, lecz specjalista z wielkim doświadczeniem, często były znany piłkarz, znawca rynku futbolowego, potrafiący ocenić predyspozycje graczy, budować drużynę i dbać, by była coraz mocniejsza. A już na pewno nie jest to syn właściciela klubu.

Lecha stać na zaangażowanie takiego zawodowca. Trzeba byłoby mu sporo zapłacić, gdyby miał to być ktoś z nazwiskiem, ale i tak pozwoliłoby to poczynić oszczędności. Rok temu Lech wydał kilkanaście milionów na transfery. Dilavera i Gytkjaera można było mieć za znacznie mniejszą kasę. Pozostali sprowadzeni zawodnicy sprawili problem – trudno się ich pozbyć. Gdyby za transfery odpowiadał nie anonimowy komitet ale ktoś z pojęciem, duża część wydanej kwoty zostałaby w klubowej kasie, albo w Poznaniu graliby piłkarze wartościowi.

Ivan nie mógł trafić na gorszy moment. Gdyby klub rozwijał się harmonijnie, a nie od przesilenia do przesilenia, prawdopodobnie na ławce pierwszej drużyny pojawiłby się trochę później. Zarząd Lecha postanowił wykorzystać jego charyzmę właśnie teraz. Jeżeli Ivanowi uda się w tych warunkach stworzyć waleczną i wygrywającą drużynę, okaże się mistrzem, dla którego żadne zadanie nie będzie trudne.

Józef Djaczenko