Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Wstyd, upokorzenie, kompromitacja, czyli idziemy dalej

włącz .

To jest mistrzostwo świata. Chyba nikomu na świecie nie udało się tak koncertowo spartaczyć ogromnej szansy. Gdyby Lech poległ po walce, przegrał dlatego, że rywale okazali się trochę lepsi, trudno byłoby mieć o to żal. Taki jest przecież sport. Ale Lech nie walczył. Zachowywał się tak, jakby sabotował tytuł mistrza Polski. Postawa piłkarzy jest odzwierciedleniem sytuacji panującej w klubie. Ratunku nie widać. Obecny układ jest nienaruszalny.

Już wyeliminowanie Lecha z europejskich pucharów przez Litwinów było zjawiskiem, po którym trzeba było bić na alarm, szukać ratunku, zmienić sposób prowadzenia drużyny. Nie zmieniło się nic, więc nadeszły kolejne kompromitacje. Kibice mocno je przeżywali. Po piłkarzach wszystko spływało jak po kaczce. Władze klubu przyjmowały to wszystko ze zrozumieniem. W ten sposób klub mający wszelkie możliwości, by zdominować ligę, gromadzić trofea, zadowalał się miejscem na podium i krótkimi przygodami w pucharach. Symbolem fatalnego prowadzenia sportowej, czyli najważniejszej części klubu stało się wymyślenie korporacyjnego, oderwanego od rzeczywistości, obśmianego przez kibiców hasła „mocni razem”.

To, co wydarzyło się w fazie dodatkowej rozgrywek, trzeba nazwać upadkiem. Sportowa degrengolada stała się widoczna, nikt jej nie kwestionuje. Co najgorsze, prawdopodobnie nic się nie zmieni. Kibice żądali dymisji prezesa klubu, jakby wierzyli, że ma on wpływ na jakąkolwiek strategię. Otóż nie ma. Podobno na ostatnim meczu obecny był właściciel klubu. Na własne oczy widział, co stało się z firmą, która do niego należy. Jest biznesmenem, jest też kibicem, więc musi go to boleć. Nie dokona jednak żadnych zmian w strukturze zarządzającej klubem, z powodów oczywistych. Ma inne priorytety niż sukcesy sportowe.

Co w tej sytuacji powinni zrobić kibice? Jak żyć z tak trudną miłością? Lecha się nie wyrzekną, są z nim przez całe życie, nawet od kilku pokoleń. Tolerować obecnej sytuacji też nie mają zamiaru, bo ile można cierpieć w imię kibicowskiej wyrozumiałości. Są więc w sytuacji bez wyjścia. Dobry przykład dali im piłkarze. Skompromitowali się w meczu z Jagiellonią, więc za karę ogłosili bojkot mediów, za pośrednictem których komunikują się z fanami. Nic gorszego nie mogli wymyślić. Trudno bardziej skomplikować swoją sytuację.

Kilkanaście lat temu, gdy Kolejorz walczył o przetrwanie, kibice marzyli o stabilnej sytuacji finansowej, o szansach na triumfy. Bez większych zastrzeżeń zaakceptowali pojawienie się inwestora z Wronek. Wierzyli, że stworzy on w Poznaniu potęgę, wykorzysta kibicowski potencjał i siłę rozkochanego w klubie regionu. Początkowo na to się zapowiadało, ale potem emocje zostały wygaszone. Zamiast walki o sukcesy było człapanie z sezonu na sezon, zadowalanie się byle czym.

Niejeden sezon kibice kończyli z poczuciem klęski, z rozczarowaniem, ale tak mocno, jak teraz nigdy jeszcze nie zostali upokorzeni. Ludzie, którzy odpowiadają za ten klubu, powinni sobie z tego zdawać sprawę, choć wyrzutów sumienia chyba nie ma co się po nich spodziewać. Z pewnością zastanawiają się teraz, co zrobić, jak ugasić kolejny pożar nie ponosząc nadmiernych wydatków, niczego zasadniczego nie zmieniając. Nie trzeba być znawcą futbolu, by odkryć, że obecnego trenera nie stać na wygrywanie kluczowych meczów, na zdobywanie trofeów. Przegrał w Poznaniu wszystko, na co miał ogromne szanse. Przesilenie, jakie w środę nastąpiło, jest dobrą okazją do skierowania klubu na nowe tory, na ruchy o wiele poważniejszych niż wymiana trenera lub piłkarzy. Tak postąpiłby każdy światły właściciel firmy. Obawiam się niestety, że władze Lecha zrobią to, na czym się świetnie znają: przejdą do porządku dziennego.

Józef Djaczenko