Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Istnieją granice obciachu. Nawet w polskiej lidze

włącz .

To się w głowie nie mieści. Co to za liga? Co to za lider? Co to za drużyna? Co to za trener? Walczą o mistrzostwo, liderują w tabeli, zdobyli najwięcej punktów, podejmują zespół dużo słabszy, z piłkarzami w większości anonimowymi, i dają sobie strzelić cztery bramki! To już nie jest sensacja. To kuriozum. Wynaturzenie. Piłkarzom podwórkowym może się to zdarzyć, ale nie zawodowcom, który za kilka tygodni chcieliby się bić o Ligę Mistrzów!

W futbol gra się głową i sercem. Umiejętności nie są ważne, gdy nie potrafi się ich wykorzystać. Górnik w mistrzowski sposób zneutralizował wszystkie walory Lecha. Miał dużo szczęścia, bo gdyby Jóźwiak szybko strzelił bramkę, a przed wielką szansą stanął kilka razy, prawdopodobnie mecz potoczyłby się inaczej. Kolejorz nie był skuteczny, a grający w krajowym składzie Górnik skrzętnie to wykorzystał. Dla odmiany był skuteczny aż do bólu.

Lech atakował, prowadził grę, ale można było zaobserwować typowe dla niego zjawisko: zwalnianie gry w kluczowych momentach. Gdy była szansa przyspieszyć, zaskoczyć przeciwnika, następowało zatrzymanie, bo akurat na skrzydle ktoś miał ochotę sobie pokiwać, albo zawodnicy odpowiadający za kreację pod naciskiem śląskiej młodzieży wycofywali piłkę do obrony. W tym czasie Górnik zdążył ustawić formacje obronne, zagęścić przedpole i można było tylko tłuc głową w ścianę.

Marcin Brosz nie ma takiego doświadczenia i obycia w futbolu jak Bjelica, a zawodnikom Górnika daleko do klasy i zarobków piłkarzy Lecha, ale sobotni mecz pokazał, kto u kogo powinien pobierać lekcje taktyki. Trenerskie błędy były ewidentne, takie jak wystawienie Situma na prawej obronie i wrzucenie na głęboką wodę Klupsia. Kilka tygodni wcześniej widzieliśmy, jak ambitnie, szybko i bezkompromisowo atakuje Górnik. Nietrudno było przewidzieć, że słaby w defensywie Chorwat będzie ogrywany. I tak się stało. Przeciwnicy łatwo radzili sobie też z Klupsiem.

Przez cały sezon Lech był wychwalany za doskonałą, szczelną obronę. W meczu z Górnikiem ten monolit pękł, został rozjechany w najprostszy sposób. Paradoksem jest to, że Lech ostatnio wygrywa, gdy nie atakuje. W Lubinie zagrał defensywnie, bronił skromnego prowadzenia, nie silił się na ofensywę i na tym skorzystał. W dwóch ostatnich spotkaniach domowych szedł do przodu, grał z rozmachem i dał się ograć. Nie można powiedzieć, że Górnik się zamurował i liczył tylko na kontry. Zastosował tak twardy i konsekwentny pressing, że Lechowi trudno było wyprowadzić piłkę z obrony. Naciskał przez cały mecz, a każdy przechwyt był sygnałem do błyskawicznego ataku, podczas którego obrońcy Lecha nie bardzo wiedzieli, co się dzieje.

Na wysokim poziomie zagrał tylko Jóźwiak, coraz lepszy, szybszy, dojrzalszy. Taki skrzydłowy to skarb. Żadna polska drużyna nie ma takich zawodników, jak on i Makuszewski. W sobotę Jóźwiak był groźny, kreował akcje i strzelał, natomiast jego koledzy nie nadążali. Lech zmarnował wielką szansę. Pokonując Koronę i Górnika byłby w znakomitej sytuacji. Teraz też nie jest tragicznie, niczego nie przegrał, a wszystko może wygrać. Pozostały cztery mecze, wystarczy zwyciężać, by cieszyć się z mistrzostwa. Nie radziłbym jednak na to liczyć. Można się mocno rozczarować. Lecha stać na wszystko, a szczególnie na wszystko, co najgorsze. Właśnie pokonał kolejną granicę. Polska liga jest nieprzewidywalna, ale są numery, które nawet tu po prostu nie uchodzą.

Gdyby skończyło się na jednej bramce dla Górnika, można byłoby to przeboleć. Ale aż cztery?! To już nie jest przypadek. Coś tu jest nie tak. Coś, co nakazuje postawić pytanie, czy ktokolwiek ma kontrolę nad drużyną. Skoro akurat w takim momencie tak bardzo się zblamowała, to czym nas jeszcze zaskoczy? Prawdziwy kibic wierzy do końca, ale po tak zimnym prysznicu nie jest to łatwe. Kibice widzą, że piłkarze mocno się starają, ale kompletnie im nie wychodzi. Nie wiemy, jak ten sezon się skończy, bo możliwe jest każde rozwiązanie, ale gdyby szansa na tytuł została zaprzepaszczona, konieczne będą zmiany. Nie można udawać, że wszystko jest pod kontrolą i „idziemy dalej”.

Dokładnie rok temu Lech w zadziwiający sposób zmarnował szansę na Puchar Polski. Sytuacja się powtarza. Był liderem ekstraklasy, mógł wygrywać przynajmniej u siebie, wykorzystać słabość przeciwników. Jeżeli rok po roku wydarzy się dokładnie to samo, nikt nie powie, że to przypadek. Z pewnością jednak znajdą się tacy, co orzekną. że niczego zmieniać nie trzeba, klub zmierza w dobrym kierunku.

Józef Djaczenko