Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Jeszcze tylko miesiąc. Kolejorz na ostatniej prostej

włącz .

Od dawna nie oglądaliśmy Lecha tak zdominowanego i tak uradowanego, że udało się dowieźć do końca przewagę jednego gola. Wygrał ważny mecz, kto wie czy nie najważniejszy, dzięki dobrej obronie. Gdyby miał równie sprawny atak, udałoby mu się zaskoczyć zapamiętale atakujące Zagłębie i wygrać wyżej, oszczędzając sobie w końcówce nerwów. Brak umiejętności wyprowadzania przemyślanych kontr to największa bolączka tej drużyny.

O sukcesie Kolejorza w Lubinie zadecydowały pierwsze minuty drugiej połowy. Po pierwszej trudno było o optymizm. Zawodziły próby zapanowania nad wydarzeniami. Nie wychodziły ataki, coraz częściej trzeba było się ratować dalekimi wybiciami w kierunku samotnego w ataku Gytkjaera. Zagłębie sprawniej operowało piłką. Przejmowało kontrolę nad spotkaniem. W przerwie trener Lecha przekonał swych piłkarzy, że tak dłużej zachowywać się nie wolno, skoro do Poznania ma się przywieźć punkty. I w drużynę wstąpiła nowa energia.

Najczęściej Lech atakował lewą stroną. Ofensywnie usposobiony był Kostewycz, nowe siły wstąpiły w Jóźwiaka. Gajosowi nie udało się dobrze uderzyć, gdy piłkę do niego spod końcowej linii wycofał Majewski, ale po kilku minutach, po kolejnej akcji lewym skrzydłem, „Maja” przerzucił na drugie, do Gumnego i stało się – po dobrym dośrodkowaniu Gytkjaer zrobił to, co potrafi. Postawił w trudnym położeniu nie tylko piłkarzy Zagłębia. Przede wszystkim Legii i Jagielloni, czekających dopiero na swoje mecze.

Właśnie wtedy przydałaby się umiejętność wyprowadzania kontr. Nie korzystać z tej broni, mając tak szybkich skrzydłowych jak Jóźwiak i Situm, a w środku piłkarzy potrafiących dobrze dograć piłkę, to grzech zaniechania. Trwonienie własnego potencjału. Wyprowadzanie piłki spod własnego pola karnego było żałosne. Miejscowi piłkarze energicznie naciskając natychmiast ją odzyskiwali i obrońcy musieli dwoić się i troić niemal bez przerwy. Aż nie chce się wierzyć, że udało się przetrwać, że Zagłębie groźnych strzałów właściwie nie oddawało, że Putnocky, który tego wieczoru popełnił kilka błędów, właściwie nie musiał się wysilać.

W futbolu trzeba mieć szczęście, także do sędziów. Niczego się nie wygra, gdy piłka jak zaczarowana nie wpada do bramki rywala (tak było tydzień wcześniej) i gdy arbiter niweczy wysiłek drużyny podejmując głupie, czasami ewidentnie nieuczciwe decyzje. Tym razem szczęście było po stronie Kolejorza. Pan Stefański co prawda rozdawał kartki bez opamiętania, jakby zamierzał iść na rekord, ale w kluczowej sytuacji kartonika nie wyjął. Gdyby to zrobił, Gumny wylądowałby w szatni, a Lech prawdopodobnie wróciłby do domu bez zwycięstwa. To świadczy o tym, jak słabych mamy arbitrów. Kolejorz najczęściej na ich partactwie traci. W tym przypadku zyskał.

Do sukcesu pozostało pięć bardzo trudnych kroków, czyli najważniejszy od lat miesiąc. Wygranie wszystkiego zakrawałoby na cud. Pozostaje nadzieja, że rywale będą Lecha ścigać w żółwim tempie, że Legia napotka kolejne turbulencje wynikające z braku profesjonalizmu w prowadzeniu tak specyficznego przedsiębiorstwa, jakim jest klub piłkarski. Piłkarze nie mogą jednak na to liczyć. Muszą wygrać tyle spotkań, ile możliwe. Zadanie jest bardzo trudne, ale od dawna nie było tak wielkiej szansy na zdobycie najważniejszego w Polsce piłkarskiego trofeum. Tak czy inaczej – obecna ekipa przejdzie do historii. Albo dzięki triumfowi, albo za sprawą frajerskiego zmarnowania wielkiej szansy.