Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Przerwa w wygrywaniu czy kolejny kryzys?

włącz .

Nie jest możliwe, by którakolwiek drużyna wygrała wszystkie mecze w dodatkowej fazie sezonu. Każda się potknie, i to pewnie nie raz. Także Lechowi było to pisane, bo gdyby wygrywał do samego końca, zaliczyłby pod rząd 11 zwycięstw, a takie zjawiska w polskiej ekstraklasie nie występują. Pozostaje mieć nadzieję, że mecz z Koroną był przerywnikiem w wygrywaniu, choć styl gry i forma poszczególnych piłkarzy na optymizm nie pozwalają.

To był klasyczny mecz-pułapka. Niewielu kibiców i komentatorów nie dopisało Lechowi trzech punktów jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Korona to mocna, twardo grająca drużyna, ale ostatnio w lidze spuściła z tomu, ma przed sobą ważny rewanż w półfinale Pucharu Polski, a jest o krok od gry na Stadionie Narodowym. Lech natomiast cieszył kibiców dobrą formą, odzyskał mentalną moc. Wiadomo było, że goście się postawią, tanio skóry nie sprzedadzą. Walczyli dzielnie, jakby był to dla nich najważniejszy mecz w sezonie. Lechowi trudno gra się z takimi przeciwnikami, ale zespół z wysokimi aspiracjami musi sobie radzić z ligowymi średniakami.

O sukcesie Korony zadecydowało szczęście. Owszem, bardzo dobrze broniła, dzięki pressingowi i ambicji przejęła mnóstwo podań, już w zarodku niszczyła ofensywne próby Lecha. Wykorzystała słabość Lechowych skrzydeł. Tworzyła okazje bramkowe, ale nie oddawała tylu strzałów, co Kolejorz. Kilkakrotnie uratował ją bramkarz Alomerović, który został bohaterem meczu. Pokazał się jednak także jako piłkarz prowincjonalny, ostentacyjnie zwalniający grę jeszcze w pierwszej połowie. Mógł sobie na to pozwolić, bo sędzia Jakubik pokazał mu wprawdzie żółtą kartkę, ale potem nie czuł się już w obowiązku interweniować. Arbiter zademonstrował ponadto, jak nie należy pomagać drużynie poszkodowanej. Podyktował mnóstwo rzutów wolnych za zagrania, na które normalni sędziowie nie reagują. Z błahych powodów wstrzymywał ofensywne akcje po faulach na piłkarza Lecha, działał więc na korzyść tych, co przewinili.

Gdyby Lech strzelił kilka bramek, a były ku temu świetne okazje, nikt nie miałby do Nenada Bjelicy pretensji za dziwne decyzje taktyczne. Problem w tym, że goli nie było, Lech przegrał, więc trener skupił na sobie krytykę. Jednym z najlepszych piłkarzy Lecha był w pierwszej połowie Jóźwiak. Brał grę na siebie, przeprowadzał rajdy, podawał kolegom. Miał też straty, wynikające z chaotycznej i niekiedy mało odpowiedzialnej gry. Jeszcze gorzej grał drugi skrzydłowy – Jevtić. To nie był jego wieczór. Zepsuł niemało akcji, nie był efektywny, jego indywidualne popisy z reguły kończyły się po minięciu jednego przeciwnika. Choć nie on był wyznaczony do wykonania rzutu karnego, ustawił sobie piłkę i strzelił od niechcenia. Trener jednak wciąż wierzy w geniusz tego gracza, więc nie jego zdjął z boiska, ale Jóźwiaka. To nie była dobra decyzja.

Tylko kilku zawodników Lecha nie zawiodło. Nie można mieć pretensji do Putnocky’ego, Dilavera, Trałki. Także do Vujadinovicia, mimo jego… nieskuteczności. W drugiej połowie grał w ataku, obok Gytkjaera i Chobłenki. Wiele nie wskórał, choć rzut karny dla Lecha to jego zasługa. Najsłabiej zagrali Kostewycz i Gumny, nie wspierali ofensywy. Kiedyś skrzydła Lecha były popisowe. Po zejściu z boiska Jóźwiaka i przesunięciu Jevticia na środek zabrakło ich całkiem, mimo ratowania sytuacji wprowadzeniem Klupsia i Tomasika.

W piątek kolejny mecz Lecha. Trzeba jechać na trudny teren, do Lubina, by próbować odrobić stratę punktów. Zagłębie na własnym stadionie jest groźne. Nie ogranicza się do defensywy, więc Lechowi powinno pójść łatwiej, bo lubi grać z takimi rywalami. Kolejna strata punktów świadczyłaby, że dobra passa, widoczna w końcówce fazy zasadniczej, skończyła się, Lech znalazł się w dołku wtedy, gdy większość komentatorów i statystyków upatrywała w nim mistrza.

Józef Djaczenko