Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lech nie traci impetu. Traci za to piłkarzy

włącz .

To był dziwny mecz Lecha. Mnóstwo niewymuszonych, prostych błędów, niecelnych podań, strata trzech podstawowych piłkarzy jeszcze w pierwszej połowie, a jednak pewne, nawet przez chwilę nie zagrożone zwycięstwo nad drużyną, w której nie brakuje piłkarzy klasowych, dobrze opłacanych, jeszcze rok temu do końca walczących o mistrzostwo. Gdyby Lechia była w trochę lepszej formie, Kolejorz musiałby się dużo bardziej napracować na sukces.

Ekipa z Gdańska nie potrafi grać w Poznaniu. Tylko kilka razy udało jej się tu zremisować, ostatni raz wygrała 52 lata temu. Z reguły przygrywa. W piątkowy wieczór mogła ponieść rekordową porażkę, jednak piłkarze Lecha, mimo zachęt kibiców, nie chcieli dobijać cierpiącego przeciwnika, zadowolili się trzema golami, nie forsowani wysokiego tempa. Grali ostrożnie, bo zabrakło im zmian.

Lechia nie była tak bardzo bezradna, jak wskazuje wynik. Początek należał do niej. Zaskoczyła niemrawo grających gospodarzy śmiałym atakiem, agresywną postawą. Zeszło z niej jednak powietrze, gdy kilka niezłych okazji spaliło na panewce, a Lech z zimną krwią punktował. Najpierw gola zdobył faktyczny przywódca drużyny, kapitan bez opaski, Łukasz Trałka. Im jest starszy, tym zespół ma z niego więcej korzyści. Właśnie ustanowił swój życiowy rekord – pięć goli w sezonie, a ostatniego słowa jeszcze nie powiedział.

Potem szybkością błysnął Gytkjaer. Lepszy bramkarz zatrzymałby jego sygnalizowany strzał, ale udało się. Krótko po przerwie mecz zamknął Jevtić ośmieszając defensywę Lechii. Goście próbowali się odgryzać, mieli kilka niezłych sytuacji. Najlepszy ich ofensywny piłkarz, dobrze w Poznaniu znany Sławek Peszko długo nie będzie miał lepszej sytuacji. Gdy gol dla Lechii wydawał się murowany, fatalnie skiksował, być może za sprawą nierówności na boisku.

Nie wszystko układało się pięknie. Jeszcze przed przerwą trener wykorzystał wszystkie zmiany, gdy boisko z kontuzjami opuścili Burić, Situm i Radut. To były urazy mechaniczne. Najgroźniej wyglądało nieszczęście Raduta, którego zniesiono na noszach. Był piłkarzem eksploatowanym, nigdy wcześniej, jako zawodnik Lecha, nie pokazywał się tak często na boisku, ale i nigdy nie uzyskał tak wysokiej formy. Gdyby nawet leczenie tych piłkarzy zabrało dużo czasów, to ma ich kto zastąpić, bo kadra Lecha jest liczna. Piłkarze, którzy w piątek weszli na boisko – Putnocky, Jóźwiak i Jevtić – wcale nie osłabili zespołu.

Wydaje się, że trener wyleczył się już z Barkrotha. Szwed nie jest do Lecha wypożyczony. Trzeba było za niego zapłacić kilka milionów zł, a korzyść z tego żadna. Wydawało się, że zimą nareszcie odpali, ale dobrze zagrał tylko w sparingach. Nie udało się rzutem na taśmę pozyskać trzeciego napastnika, jednak chyba nie jest to wielka strata, bo od dwóch spotkań Chobłenko i tak nie wstaje z ławki rezerwowych. Gytkjaer gra tyle, ile może i strzela w każdym meczu gole. Jest aktywny, ma bardzo dobre wyniki fizyczne – jest jednym z najwięcej i najszybciej biegających piłkarzy swej drużyny.

Statystyki piątkowego meczu dowodzą, że Lech nie włożył w pokonanie Lechii wielkiego wysiłku. Nie zaimponował ani pokonanym dystansem, ani liczbą i długością sprintów. Najszybszym piłkarzem Kolejorza znów był Gumny. Nie mogła zaimponować liczba ani celność podań, za to sporo było strat, nieudanych pojedynków. Liczy się wynik, a w dwóch ostatnich spotkaniach Lech zdobył aż 8 goli nie dając rywalom najmniejszych szans. Aż szkoda, że nastała przerwa w rozgrywkach, która tej drużynie nigdy nie służyła.

Przerwa ta jest tym razem długa, jak nigdy, bo zaczęła się po piątkowym meczu, a następny trzeba rozegrać dopiero w świąteczny poniedziałek. Lech pojedzie na mecz z Wisłą. To będzie test ostateczny. Ostatnia szansa w sezonie zasadniczym na przełamanie niepowodzenia wyjazdowego. Nawet wygrywając trudno będzie doścignąć drużyny, z którymi ma lepszy bilans bezpośrednich pojedynków, więc przy równej liczbie punktów mierzyłby się z nimi na własnym stadionie.

Od kiedy wprowadzono nowy regulamin rozgrywek, Lech nigdy jeszcze w fazie dodatkowej nie grał z Legią u siebie. Nie zarobił przez to niemałych pieniędzy, piłkarze odebrali sobie dużą część szans na pokonanie głównego rywala. Prawdopodobnie i teraz tak będzie. Jak wiadomo, gospodarzom na Łazienkowskiej pomagają, nazwijmy to oględnie, ściany. Lechowi wystarczyłoby nie tracić punktów z najsłabszą w lidze Sandecją, nie dawać się tak często ogrywać na wyjazdach, a miałby teraz dużo większe szanse na mistrzostwo. W obecnej sytuacji faworytem nie jest, ale być może dobrze mu to wróży.

Józef Djaczenko