Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Ze skrajności w skrajność

włącz .

Mecz Lecha przeciwko Śląskowi toczył się przy kilkunastu stopniach mrozu. Przeciwko Jagiellonii też przy kilkunastu, ale na plusie. Tę amplitudę temperatur można porównać tylko do falowania nastrojów. Po beznadziejnym meczu w Kielcach i niepowodzeniu w Warszawie wydawało się, że jest pozamiatane. Trzeba już tylko zapewnić sobie miejsce w pucharach i budować drużynę, która w nich sobie poradzi. Ostatnia niedziela poczucie klęski zamieniła w euforię.

Jak to możliwe, by grupa bezładnie biegających po boisku panów, nie potrafiących zmusić się do agresji, spuszczających głowy po każdym niepowodzeniu, zamieniła się w prawdziwą drużynę, waleczną i nie załamującą się złym obrotem sprawy? Jagiellonia z pierwszych 20 minut poznańskiego meczu powaliłaby każdy polski zespół, nie byłaby bez szans w starciach z europejskimi sławami. Lech stracił gola, ale nie zgubił mentalnej siły.

Gdy wyrównał, reanimacja bramkarza „Jagi” trwała tak długo, że sędziowie zdołali przejrzeć zapis bramkowej akcji klatka po klatce i wychwycić to, co było niezauważalne. Bez tak długiej przerwy w meczu nie byłoby to możliwe, gra toczyłaby się dalej od kilku minut. Detal zadecydował więc o tym, że wynik nadal trzeba było gonić. Nie byłoby łatwo nawet mając przed sobą ligowego słabeusza, a tu trzeba było się zmagać z będącym w wyśmienitej formie liderem, który w każdej chwili mógł zamknąć spotkanie. Kolejorz dokonał tego, o co nikt by go nie posądzał. Dogonił, przegonił, zdemolował.

Zdecydowana większość kibiców była przekonana, że nieudana jesień i wiosenny marazm spowodują przesilenie, kryzys, a takie zjawiska zawsze w Poznaniu kończą się zamianą trenera. Nie wiemy, czy taki pomysł był rozpatrywany przez zarząd klubu. Gdyby ktoś dziś o to spytał, oczywiście dowiedziałby się, że w żadnym wypadku, nikomu nawet to do głowy nie przyszło, trener cieszył się absolutnym zaufaniem. W ten sposób chorwacki trener stał się jedynym w najnowszych dziejach klubu, charakteryzujących się wędrówką od przesilenia do przesilenia, który dał radę opanować kryzys. Podobnie przed laty było z Jackiem Zielińskim, gdy po niezwykłym meczu Lech rozniósł mocną wtedy Wisłę, ale los trenera wcześniej był przypieczętowany, bo właściciela Lecha zauroczył niejaki Bakero.

Tym razem nikt nikogo nie zauroczył, ale nie wiemy, czy piłkarze uratowali trenerowi posadę, czy też była ona niezagrożona. Przede wszystkim przedłużyli sobie i kibicom sezon, bo wciąż jest o co walczyć, wszystko jest możliwe, przynajmmniej w teorii. Nenad Bjelica dał Lechowi drugie życie, ale nie musiałoby do tego dochodzić, gdyby panował nad drużyną jesienią i na początku roku. Słabość Legii można było wykorzystać. Kilka zwycięstw zamiast wyjazdowych remisów i wszyscy rywale oglądaliby dziś, z dużej odległości, plecy Kolejorza. Nikt nie ma gotowej odpowiedzi na pytanie, dlaczego Lech tak długo był słaby i dlaczego akurat w meczu z „Jagą” ciężko przestraszony królik zamienił się w walecznego lwa.

Legia i Jagiellonia nie wygrają wszystkich spotkań do końca sezonu. Lech wie o tym dobrze, bo okazał się lepszą od nich drużyną, mimo iż w Warszawie przegrał. Sam musi natomiast próbować wygrywać wszystko, jak leci. Tylko wtedy ma jakieś szanse. Raczej nie dogoni liderów w sezonie zasadniczym i w fazie dodatkowej przyjdzie mu walczyć z nimi na wyjeździe. Trzeba liczyć, że piłkarze nie zgubią tego, co pokazali w niedzielę i zafundują nam emocjonującą końcówkę sezonu.

Pan Szymon Marciniak może się okazać największym szkodnikiem ekstraklasy. Nasz eksportowy arbiter zapewnił Legii niezasłużone zwycięstwo nad Lechem, podobnie jak rok wcześniej. Jest marnym arbitrem i nic dziwnego, że po kilku dniach ośmieszył się na Wembley. Zawiedli go pomagierzy, którym musiał zawierzyć, a którzy mają omamy wzrokowe. Los jest przewrotny, bo panu Marciniakowi prawdopodobnie nie udałoby się tak szybko wypłynąć na szerokie wody, gdyby jeden z jego pomagierów nie nosił nazwiska Listkiewicz. Jeżeli Lechowi zabraknie symbolicznego punkciku do wyprzedzenia Legii, to będzie można powiedzieć, że tytuł mistrza Polski przydzielił jej Szymon Marciniak.