Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lech z opóźnieniem zaczął bój o mistrzostwo

włącz .

Huśtawka emocji jest nieprawdopodobna. Lech potrafi zdołować kibiców grą, w której trudno znaleźć jakiekolwiek pozytywne elementy, pełną bezradności, marazmu, zniechęcenia. Mija kilka tygodni, a ta sama drużyna, złożona z tych samych piłkarzy daje pokaz siły, energii. Który Kolejorz jest prawdziwy? Czy mamy prawo wierzyć, że po zdemolowaniu Jagiellonii marność nie wróci?

Pierwsze pół godziny meczu z Jagiellonią potwierdziło siłę lidera, znakomite przygotowanie fizyczne, świetną organizację gry. Kiedy zespół jest na fali, wychodzi mu wszystko. Piłka, wydawałoby się, kopnięta byle jak, zawsze trafia pod nogi partnera. Właśnie tak grała Jagiellonia. Lech nie potrafił jej dorównać. Przegrywał pojedynki biegowe i bezpośrednie starcia o piłkę. Gdy był przy piłce egzekwując rzut wolny, pozwolił się skontrować. Po przechwycie piłki przez gości wystarczyło kilka sekund, by znalazła się ona w pustej bramce.

Gdyby lider potrafił wytrzymać taki poziom i takie tempo przez cały mecz, dla Lecha sezon właśnie by się zakończył. Na to jednak zgody Kolejorza nie było. Stopniowo opanowywał sytuację i wepchnął piłkę do bramki „Jagi”, ale VAR to zakwestionował. Wzmogło to tylko determinację, Lech jeszcze mocniej zaatakował i wreszcie wyrównał po akcji dwóch najlepszych piłkarzy na boisku. Situm wykonał zwód i dośrodkował, a Gytkjaer umiejętnie wyszedł do piłki i trącił ją głową tak, jak trzeba.

Druga połowa to już była deklasacja lidera. Bezradnego, stłamszonego, upokorzonego stałymi fragmentami gry. Piłkarze, którzy na początku brylowali, przestali istnieć. Lech grał pressingiem, będącego przy piłce gracza Jagiellonii atakowało kilku przeciwników. Przechwycone piłki kierowane były do świetnie wychodzącego na pozycje Gytkjaera, grającego tyłem do bramki tak, jak nigdy dotychczas. Na bokach boiska rządzili boczni obrońcy i skrzydłowi, przy czym Gumny był lepszy od Kostewycza, a Situm od Raduta. Lewa strona budziła więc większe zaufanie. Na Majewskiego patrzyło się z przyjemnością, choć gdyby kilka razy zagrał dokładniej, to Lech strzelałby gole nie nie tylko po stałych fragmentach.

Trałka był dla „Jagi” zaporą nie do przejścia, a Gajos pomagał zdobywać przewagę w strefie środkowej, gdy goście nie mieli innego wyjścia niż atakowanie bramki Buricia dużymi siłami. Taka taktyka najpierw zneutralizowała zalety lidera, a potem całkowicie go rozbroiła. Mecz był szybki, stał na wysokim poziomie. Kto nie przyszedł na stadion, niech żałuje. Lech gra nierówno, wielu kibiców boi się jeszcze jednego rozczarowania, ale czasami warto zaryzykować. Uwierzyć, że piłkarze zagrają na miarę swoich możliwości, pokażą klasę. W niedzielę pokazał nawet coś więcej.

W piątkowy wieczór do Poznania przyjeżdża Lechia. To słabszy rywal niż Jagiellonia, ale ciągle ma w składzie klasowych zawodników, ciągle gra ofensywnie i widowiskowo, a trener Piotr Stokowiec, choć nie jest cudotwórcą, potrafi zmobilizować i mądrze ustawić prowadzoną przez siebie ekipę. Dowiódł tego w poprzednich klubach. Trzeba więc przestrzec przed nadmiernym optymizmem. Nie wiemy, czy Lech da radę powtórzyć drugą połowę meczu niedzielnego i czy Lechia nie zagra lepiej niż w poprzednich wiosennych spotkaniach. W gdańskim klubie źle się dzieje, zawirowania organizacyjne trwają, sportowe być może dobiegną końca, bo faworyzowana ekipa ma niewielką już tylko przewagę nad strefą spadkową. Mecze z Lechią zawsze są emocjonujące, zawsze dużo się dzieje. Zapowiada się jeszcze jedno takie spotkanie.

Potem nastąpi coś, co Lechowi nigdy nie służyło: przerwa na mecze reprezentacji. Może go to wybić z uderzenia, zdezorganizować, a trzeba wybrać się do Krakowa na mecz z Wisłą. Najwyższy czas przełamać wyjazdową niemoc. Bez tego nie będzie pościgu za czołówką. Chcąc znaleźć się w dobrej sytuacji przed fazą dodatkową, koniecznie trzeba wygrać z Lechią, rozprawić się na wyjeździe z Wisłą i pokonać u siebie Górnika. Zabrzanie nie błyszczą już tak bardzo jak jesienią. Tracą punkty. Przewaga trzech czołowych drużyn może rosnąć, ale Lech ma chyba wyższe ambicje niż miejsce na podium. Jego postawa w meczu z „Jagą” i możliwości, jakie ujawnił zdecydowanie to potwierdzają.

Józef Djaczenko