Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Śląsk pokonany, ale prawdziwe wyzwania dopiero przed Lechem

włącz .

Gdyby VAR nie sprzyjał Lechowi w doliczonym czasie do środowego meczu, nastroje przed podróżą na Łazienkowską byłyby fatalne. Mówiłoby się niemocy Lecha już nie tylko wyjazdowej. Wymęczone zwycięstwo nad Śląskiem poprawiło nastroje. Wiele osób liczy na dobry wynik w Warszawie, na przełamanie się. Prawda jest niestety taka, że grający tak, jako ostatnio Lech nie będzie w niedzielę faworytem.

Pierwsza połowa meczu ze Śląskiem była w wykonaniu Lecha dramatyczna. Sprawiał wrażenie grupy panów z TKKF-u, którzy spotkali się, by pokopać sobie piłkę dla sportu, bo nikt od nich nie wymaga zaangażowania, dokładności, woli zwycięstwa. Gdyby Lech nie miał trenera, nikt mu nie narzucił żadnej taktyki i nie podpowiedział, jak może grać przeciwnik, spisałby się nie gorzej, a być może i lepiej. Śląsk gra ostatnio kiepsko, zwłaszcza na wyjazdach, a nie miał żadnych problemów z narzuceniem własnych warunków, łatwym pozbawianiem gospodarzy piłki, tworzeniem Robakowi niezłych okazji bramkowych.

Wprowadzenie na boisko kilku napastników nie zagwarantuje ofensywnej przewagi. Tę może zapewnić opanowanie środka boiska, dobre rozgrywanie piłki, konstruowanie ataków. Lech miał na boisku dwóch atakujących, ale nikt nie kreował im sytuacji, w których mogli się wykazać. Groźnie było tylko wtedy, gdy Koljić sam odebrał obrońcom piłkę i natychmiast strzelił, ale wprost w ręce dobrze ustawionego bramkarza. Kolejorz miał tylko jednego skrzydłowego, a właściwie pół, bo Barkroth biegał dużo, ale bezładnie, żadna jego akcja nie zasłużyła na uznanie. To dziwna sytuacja, bo Bjelica opiera ofensywę na skrzydłach.

W grze piłkarzy wszystkich formacji Lecha widoczny był brak pomyślunku. Gdy udało się powstrzymać atak Śląska, nie następowała szybka wymiana podań, skierowanie piłki do ataku. Nikt nie silił się na grę kombinacyjną, szybką. Szybkie było tylko pozbywanie się piłki, wybijanie jej w to miejsce, gdzie nie ma żadnego kolegi z drużyny. Publiczność na taką bezmyślność reagowała złością. Lech nie ma teraz drugiej linii. Gra inaczej niż rok temu właśnie dlatego, że brakuje mu zawodników kreatywnych, tworzących zagrożenie. Jevtić, Kownacki, Robak, dobrze dysponowany Majewski, dynamiczny Makuszewski potrafili szybko odbierać piłkę rywalom, nie mieli problemów z zaskoczeniem obrony.

Obecna drużyna ma wiele braków. Trener pogubił się, to jedna prawda. Jest też druga: drużyna systematycznie osłabia się. Sprzedawanie dobrych piłkarzy nie może pozostawać bez wpływu na jakość gry, szczególnie gdy nie zastąpi się ich graczami o choćby zbliżonych umiejętnościach. Lech w kolejnych okienkach transferowych pozyskał tłum zawodników, ale ani jednego dorównującego klasą Jevticiowi, czy Makuszewskiemu. Nie potrafi takich wyszukać? Szkoda mu kasy? W najważniejszych meczach sezonu, a takie teraz przed Lechem, bardzo by się przydali.

To mógłby być sezon Kolejorza. Będąca w przebudowie Legia poniosła już 8 porażek. Ma w składzie solidnie opłacanych piłkarzy, sprowadzonych z dobrych lig, z ciekawą przeszłością i dużymi możliwościami, ale nie ma jeszcze drużyny i prawdopodobnie straci jeszcze sporo punktów. Jagiellonia gra ładnie, potrafi rozklepać teoretycznie lepszy zespół, nie jest to jednak potęga. Póki co tylko wygrywa, ale to się prędzej lub później zmieni. Lechowi wystarczyłoby skuteczne punktowanie, stosowanie mądrej taktyki, wykazanie woli zwyciężania, zbudowanie dobrej formy swych zawodników, by wygrać ligę. Przeznaczając część zarobionych na transferach pieniędzy na pozyskanie piłkarzy z dużą jakością można byłoby dorobić się zespołu wygrywającego. Inwestycje zwróciłyby się.

W sporcie nie zaistnieje się, gdy brakuje odwagi. W Lechu jest ona deficytowa na wszystkich szczeblach. Piłkarze grają tak, jakby panicznie bali się kolejnej wpadki, po każdym niepowodzeniu wpadają w mentalny dołek. Władzom klubu daleko do podjęcia ryzyka finansowego, czy personalnego. Piłkarze i trener wiedzą, że zaangażowania wymagają od nich tylko kibice, a ich akurat bać się nie trzeba, bo o niczym nie decydują.

Józef Djaczenko