Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Do czego służy Lech Poznań?

włącz .

Mamy do czynienia z jakimś okropnym nieporozumieniem. Ludzie interesują się Lechem, liczą na jego sukcesy, cieszą się ze zwycięstw, odchorowują niepowodzenia. Coraz częściej jednak przekonują się, że zupełnie niepotrzebnie. Tylko oni są zainteresowani dobrymi wynikami. Osoby, do których władza nad klubem należy, używają go do czegoś innego. Sportowe wyniki nie są w takim przedsiębiorstwie najważniejsze.

Sposób, w jaki klub jest zarządzany, może zaimponować. Stabilna sytuacja finansowa, zrównoważony i stale rosnący budżet, rozsądne inwestycje w infrastrukturę, prowadzenie akademii zapewniającej dopływ zawodników do pierwszej drużyny, a potem, po zagranicznych transferach, dopływ wielkich pieniędzy. Wszystko to byłoby godne podziwu, gdyby nie jeden drobny fakt: nie wiadomo, jaki jest prawdziwy cel prowadzenia przedsiębiorstwa o nazwie KKS Lech Poznań SA.

Każdy normalny klub piłkarski po to istnieje, by odnosić sukcesy. Wygrywać mecze. Dawać satysfakcję kibicom. Stawać się wizytówką, nie tylko sportową, miasta albo regionu. Starać się, by ludzie się z nim identyfikowali. Tak jest na całym świecie. Tak jest też prawie wszędzie w Polsce. W Poznaniu jednak nie. Władze Kolejorza chętnie sięgają po takie argumenty, jak historia, tradycja, identyfikacja kibiców, bo można na tym zarobić. Nic jednak nie robią, by tę tradycję kultywować, by zwycięski Lech porywał tłumy. Celem numer jeden nie jest wygrywanie, dominowanie w Polsce, dawanie ludziom poczucia dumy.

W ostatniej dekadzie rzadko się zdarzało, by kibice Lecha byli wyróżnieni, by dobrze się czuli. Pamiętam audycję telewizyjną z udziałem telefonujących widzów, wcale nie poświęconą sportowi, ale polityce. Dyskusja dotyczyła Lecha Wałęsy, jego prawdziwej roli, symboliki tej postaci. Do studia zadzwonił telewidz i powiedział, że jest dumny tylko z jednego Lecha. Lecha Poznań. Nie był mieszkańcem Wielkopolski, lecz któregoś z odległych regionów, a działo się to w czasie, gdy skutecznie walczący w Lidzie Europy Kolejorz napawał dumą ludzi w całym kraju, rozprawiał się z Manchesterem City, eliminował Juventus.

Można się było łudzić, że tak już będzie zawsze, że w Poznaniu rodzi się piłkarska potęga. Na nowiutkim stadionie będzie grać drużyna, która zawojuje Europę, pokaże się już nie tylko w rozgrywkach niższej rangi, ale i w Lidze Mistrzów. Wydarzyło się jednak coś, co rozwiało wszystkie nadzieje. Sportowa działalność klubu trafiła w zarząd amatorów. Sprowadzono trenera-nieudacznika, który szybko zniszczył wypracowany przez poprzedników widowiskowy styl gry. Zamiast pozbyć się tego człowieka, trzymano go w klubie w nieskończoność, by wywalić go z hukiem, gdy wszystko się zawaliło. Podobny los spotkał wszystkich jego następców, bez wyjątku, co stało się wizytówką klubu, symbolem ignorancji. Najpierw długi kontrakt, gnuśność i brak reakcji zarządu na wydłużającą się listę niepowodzeń, nawet na klęski i kompromitacje, wreszcie totalny kryzys i wyrzucanie delikwenta, nerwowe szukanie następcy.

Zarząd każdego normalnego klubu piłkarskiego reaguje, gdy coś idzie nie tak. Nawet tam, gdzie trener ma komfort długiej i spokojnej pracy zdaje sobie sprawę, że nie wolno mu stracić kontroli nad drużyną i zaufania kibiców. Musi wygrywać, jeżeli chce przetrwać na swoim stanowisku. W Lechu jest zupełnie inaczej. Tu obowiązują nietypowe priorytety. Drużyna może przez pół roku nie wygrać na wyjeździe, doprowadzać fanów do wściekłości, a priorytetem będzie spokojne zarządzanie, rozwijanie akademii. Czy są wyniki, czy ich nie ma, nie zmienia się nic. Owszem, dobrze jest wygrywać, ale jeżeli rok po roku nie ma żadnego sukcesu, przepadają kolejne trofea, a tym samym szanse na pieniądze i emocje – nikogo to nie rusza.

Czy wyobrażamy sobie, by właściciel Amiki powierzył zarządzanie swoimi firmami amatorom? Nie! Sięga po wytrawnych managerów. Oczekuje dobrych wyników biznesowych. Nie może sobie pozwolić na straty. Liczy na stały rozwój, ciągle inwestuje. Dlaczego klubu sportowego nie traktuje tak samo? Dlaczego toleruje dziadostwo i nie stara się, by jakość pierwszej drużyny dorównała jakości akademii? Dlaczego nie sięga po specjalistów, jakich bez trudu znajdzie w dobrych europejskich klubach, nie powierzy im budowania solidnej ekipy? Stać go przecież na to. Miałby wtedy gwarancję sukcesów i uznanie kibiców, gra w Europie pozwoliłaby na lepszą promocję wychowanków. Klubom z naszej części Europy to się udaje. Czy Lech ma mniejsze możliwości? To kwestia kompetencji. Powierzenia zarządzania ludziom nastawionym na sukces, a nie na przetrwanie i bylejakość.

Lech nie wygrał dziesięciu meczów wyjazdowych. Najbliższa środa przejdzie do historii. Ze względu na późną godzinę, upiorne mrozy, ale i totalne zniechęcenie grą drużyny, na stadionie padnie negatywny rekord frekwencji. Jeszcze smutniej może być na koniec sezonu. Przy tak fatalnej postawie piłkarzy i bezradności trenera Lecha może ominąć Europa. Czy to cokolwiek zmieni? Niczego! Jedyną reakcją będą słowa, zaklęcia, zapewnienia, korporacyjne hasła. Prezes klubu w niedzielę w telewizji nie odpowiedział jasno, czy w przypadku sportowego fiaska zmieni się trener. Stwierdził też, że w Kielcach Lech stracił cenny punkt. W poniedziałek odbędzie się analiza meczu. Wniosków nikt nie wyciągnie, bo wymagałoby to podjęcia radykalnej decyzji.

Pięciopunktowa strata do lidera niczego jeszcze nie przekreśla. Przy radykalnych zmianach można byłoby liczyć, że Lech wróci do gry. Nie będzie jednak żadnych działań, jak zwykle. Jeszcze jedna-dwie porażki i sezon zostanie przegrany definitywnie. Nie pierwszy, nie ostatni, więc będzie można ze spokojem wprowadzać wychowanków, rozglądać się na Bałkanach i w Skandynawii za zawodnikami do wypożyczenia. Kibicom pośle się jakiś sygnał, że drużyna jak zwykle powalczy o mistrzostwo, bo takie jest przeznaczenie tak silnego i profesjonalnie zarządzanego klubu. Kto chce, niech wierzy.

Józef Djaczenko