Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Falstart, który niczego nie zmienia

włącz .

Największą złość możemy mieć nie do piłkarzy, nie do trenera, ale do siebie. Za naiwność. Dusza kibica zawsze wygra ze zdrowym rozsądkiem i umiejętnością trzeźwego osądu. Niby dlaczego grający w identycznym składzie jak jesienią, kierowany przez tego samego trenera zespół miałby nagle zamienić się w maszynkę do wygrywania? Nie zamienił się. Wciąż jest tą samą, apatyczną, pozbawioną kreatywności grupą zawodników, a my wciąż takimi samymi, mocno rozczarowanymi kibicami.

Piłkarze Lecha mają większe piłkarskie umiejętności i są bez porównania lepiej wynagradzani niż ich koledzy z Gdyni. A jednak to Arka walczyła jak za ojczyznę. Była bardziej agresywna, zdeterminowana, a do tego, w przeciwieństwie do Lecha, miała pomysł na ten mecz i była bliska szczęścia. Mocno rozczarował się każdy, kto liczył, że przez zimę Kolejorz zgubi taktyczną bezradność, znajdzie sposób na rozmontowywanie zmasowanej obrony. Z próżnego i Salomon nie naleje, a teraz nie ma już wątpliwości, że trenerowi skończyły się koncepcje.

Nie zrozumiemy tylko jednego. Dlaczego Lech nie był równie nieustępliwy jak Arka? Dlaczego przegrywał starcia o piłkę, czasami w ogóle do nich nie przystępował? Odpuszczał, gdy przeciwnik wchodził trochę agresywniej. Grał tak, jakby był przekonany, że mecz sam się wygra, więc nie warto angażować wszystkich sił. W końcówce trener zagubił się, na boisku zapanował bałagan. Wzmocnił atak, ale zabrakło piłkarzy, którzy przejęliby inicjatywę w środku boiska. Wysoki Koljić nie dochodził do dośrodkowań, bo ich nie było. Na dodatek w ostatniej chwili udało się uniknąć walkoweru, do którego by doszło, gdyby najpierw boisko opuścił Barkroth, a nie Kostewycz.

Gra ofensywna Lecha w dużym stopniu opiera się na Jevticiu. Rok temu był on czołowym graczem meczu w Gdyni, zdobył piękną bramkę. Co się z nim dzieje? Był zagubiony, spóźniał się do podań, bezsensownie wchodził w dryblingi tracąc piłkę dziecinnie łatwo. Już po pierwszej połowie kwalifikował się do zmiany. Na ławce siedział przecież Majewski, którego formę i podejście do obowiązków trener zachwalał. Nie podniósł się z niej także Jóźwiak mający większe możliwości ofensywne niż Tomasik.

Falstart stał się faktem. Jeszcze piłkarska wiosna na dobre się nie zaczęła, a już kibice spisują sezon na straty. Po jednym meczu! Widzą, że mimo zaklęć i zapewnień, mimo zmian w kadrze gra drużyny i postawa piłkarzy nie zmieniła się. Po cichu liczyli, że Lech powtórzy wyczyn sprzed roku wygrywając wysoko pierwsze mecze. Kto spodziewa się teraz jakichkolwiek zmian, reakcji władz klubu, rozczaruje się. Na jakiekolwiek działania jest zdecydowanie za wcześnie, choć w innych klubach zdarzało się wyrzucanie trenerów już po pierwszym nieudanym meczu. Doświadczył tego choćby Franciszek Smuda.

Reakcji nie będzie teraz, co jest zrozumiałe, ale nie będzie ich także potem, gdyby niemoc trwała i dystans do lidera powiększał się. W Lechu nie wykonuje się radykalnych ruchów, bo priorytety są tu inne. Walka o trofea? Dlaczego nie, ale nie za wszelką cenę. Jeżeli się nie uda, to nikt płakać nie będzie, może powiedzie się kiedyś w przyszłości. Drugie, czy trzecie miejsce też jest fajne. Ten klub tak funkcjonuje od lat. Nikt tu nikogo do niczego nie zmusza. Latem trener zmieni się, albo i nie. Kilku piłkarzy odejdzie na pewno. Być może do drużyny dołączy młodzież, w ramach uzupełnienia kadry wypożyczy się kogoś w Skandynawii lub na Bałkanach i karawana pojedzie dalej.

Józef Djaczenko