Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Paradoksy Lecha Poznań

włącz .

Dopiero w trakcie rozgrywek przekonamy się, czy Lech z początku 2018 roku jest lepszy od tego z końca 2017. Jeżeli cokolwiek radykalnie się zmieni, to na pewno nie skład osobowy zespołu. O tym, czy drużyna będzie wygrywać na wyjazdach, pozbędzie się ofensywnej bezradności, marazmu, jaki paraliżował ją przez wiele jesiennych tygodni, zadecyduje to wszystko, co zostało wypracowane w Turcji.

Raczej nie ma już co liczyć na przyjście nowych piłkarzy. Kilku graczy odeszło, skład został z lepszym lub gorszym skutkiem uzupełniony. Nie udało się – znów! – pozyskać kogokolwiek, od kogo trener będzie rozpoczynać wyznaczanie pierwszej jedenastki. Najwyżej trzeba ocenić zmianę, jakiej udało się dokonać w ataku, bo tylko tu nastąpiło wzmocnienie. Nie chodzi o pozyskanie Ołeksyja Chobłenki, ale o odejście Nicki’ego Bille, którego trener uporczywie wpuszczał na boisko, aż się przekonał, że z próżnego i Salomon nie naleje. Paradoks numer jeden: Lech oszczędza na transferach, stara się wydać jak najmniej, ale trwoni kasę na graczy słabiutkich, bo nie potrafi ich ocenić.

Pozytywem jest stworzenie konkurencji Kostewyczowi. Nie trzeba już martwić się o zastępstwo dla niego, gdyby nie mógł grać. Odejście Lasse Nielsena nie osłabia Lecha. Po przyjściu Rogne i odzyskaniu zdrowia przez Vujadinovicia i tak Duńczyk rzadko wychodziłby na boisko. Obrona zimą ani się nie wzmocniła, ani nie osłabiła, czego nie można powiedzieć o pomocy. Serafin, który ma zastąpić sprzedanego do Rosji Tetteha, nie zapewni drużynie większej jakości. Wejdzie na boisko tylko wtedy, gdy nieszczęście dotknie kolegów. Pierwszym wyborem trenera pozostanie solidny Trałka i nierówno grający, popełniający proste błędy, ale i potrafiący zdobyć się na zagranie dużej klasy Gajos.

Sprzedając Ghańczyka Lech zarobi prawie milion euro, ale raczej nie wyda ich, wbrew zapowiedziom trenera, na trzeciego napastnika. Co gorsze, do klubu zimą nie dołączy też solidny pomocnik. Mamy więc do czynienia z drugim paradoksem. Drużyna teraz, a nie latem ma walczyć o tytuł. Tymczasem wzmocnienie zespołu odkłada się na potem, i to w sytuacji, gdy główny rywal zbroi się na potęgę. W decydujących momentach Lechowi może zabraknąć jakości, a wtedy zadanie postawione przed drużyną okaże się niewykonalne. Środek pomocy to przecież kluczowa pozycja.

Od kiedy w 2006 roku do Lecha przyszedł nowy właściciel, klub zyskał stabilizację finansową, co w polskich warunkach jest wartością nie do przecenienia, fachowo zabrał się za szkolenie narybku, ale tylko dwukrotnie sięgnął po mistrzostwo. I to jest trzeci paradoks. Nic lepiej nie wpływa na rozwój klubu niż zdobywanie trofeów, regularne pokazywanie się w Europie. W Lechu zeszło to na drugi plan. Owszem, mówi się o tym często, wymyśla hasła korporacyjne, ale nie idą za tym konkretne działania. Gdyby właściciel klubu wygrywanie ligi traktował jako priorytet równy prowadzeniu akademii, inaczej by wyglądały transfery, bo inne byłyby cele, inne osoby podejmowałyby kluczowe decyzje.

Nie potrzeba wielkiej przenikliwości, by spostrzec, że kiedy Lech zdobywał trofea, miał w składzie znakomite „ósemki”, czyli piłkarzy robiących grę w środku pola, świetnych w defensywie, potrafiących zorganizować grę ofensywną, zdobyć ważnego gola. Rola Rafała Murawskiego była niekwestionowana. Podobną po kilku latach pełnił Karol Linetty. Teraz Lech sprzedał Tetteha. Transakcję tę można byłoby ocenić jako korzystną, gdyby nastąpił też ruch w drugą stronę. Tytuł trzeba przecież zdobyć nie w mitycznym 2020 roku, albo tam kiedyś, lecz teraz. Trener twierdzi, że tytuł jest osiągalny. Nie dodaje, że nie wszystko zależy od niego, nie ma w ręku wszystkich atutów.

Józef Djaczenko