Powiało optymizmem, ale zmiany są niebędne

włącz .

Trudno w to uwierzyć. Przez kilka miesięcy grali fatalnie, męczyli siebie i tych, co muszą na to patrzeć, zniechęcili do siebie najwierniejszych nawet fanów, nie potrafili wygrać na wyjeździe od sierpnia do grudnia, frajersko roztrwonili co najmniej kilkanaście punktów, a jednak zakończyli rok na podium. To jest możliwe tylko w jednej lidze. Tu żaden wynik nie będzie zaskoczeniem, słowo „sensacja” nie ma racji bytu. Żadna drużyna nie jest niezawodna.

Legia zakończyła rok kompromitacją w meczu przeciwko Wiśle Płock. Reakcja była zrozumiała – mówi się o głębokich zmianach w składzie, sprowadzeniu klasowych graczy, pożegnaniu najbardziej zawodzących. W Poznaniu natomiast powiało optymizmem. Lech co prawda wygrał w ostatnim meczu tylko dwoma golami, ale nareszcie klasę pokazał najlepiej opłacany zawodnik, cała drużyna okazała się przeciwieństwem dotychczasowej. Była radość z gry, był pressing pozwalający wysoko odbierać piłkę i atakować dużą liczbą piłkarzy.

Czy to znaczy, że Lech może wdrożyć program oszczędnościowy, nie szukać wzmocnień przed decydującą fazą sezonu? To byłby krok samobójczy. Nie wolno sugerować się jednym meczem, jednym snajperskim popisem. Trzeba pamiętać, że gdyby Gytkjaer rzeczywiście odzyskał skuteczność, Termalika straciłaby mnóstwo bramek. Wystarczy, że drużyna nie zagra pressingiem, napastnik nie otrzyma dobrych podań lub będzie w słabszej dyspozycji, a sytuacja wróci do smutnej normy. Poza tym nie wolno opierać całej ofensywy na jednym piłkarzu. To grozi zmarnowaniem jeszcze jednego sezonu.

Rozgrywki się skończyły, piłkarze odpoczywają, ale ruch w interesie (mam nadzieję!) trwa. Nie będzie dnia bez medialnych informacji o zainteresowaniu Lecha kolejnymi piłkarzami. Wielu transferów nie można się spodziewać, nie ma takiej potrzeby, ale trzeba liczyć, że te, które nastąpią, będą sensowniejsze od letnich. Wtedy ilość nie przeszła w jakość. Teraz liczymy na realne wzmocnienia, a nie na przyjście ludzi, których za pół roku pożegnamy.

Dziś pewne jest tylko przyjście Norwega Tomasa Rogne, doświadczonego mimo młodego wieku obrońcy. Lech będzie mógł korzystać ze zdrowego już Vujadinovicia, a ma też w składzie Janickiego i Dilavera. Jest jeszcze Lasse Nielsen, jest też Vernon De Marco. Kto wie, czy klub nie będzie chciał skrócić ich pobytu w Poznaniu, jednak Lasse ma kontrakt do czerwca 2019 roku. Przydałby się zmiennik dla Kostewycza, ale solidniejszy niż De Marco. Gumnego może w razie potrzeby zastąpić Dilaver.

W ostatnim meczu Radosław Majewski nie zasiadł nawet na ławce rezerwowych. Być może trzeba to traktować jako sygnał, że pomocnik, który jesień miał bardzo słabą, w nowym roku zmieni klub. Nawet tego nie zauważymy, bo „Maja” rzadko grał, a kiedy już się pokazywał, niewiele dawał drużynie. Kontrakt tego piłkarza obowiązuje jeszcze przez półtora roku, ale porozumienie jest możliwe. Podobno Lech zainteresowany jest Mateuszem Klichem, który kariery w Europie nie zrobił. Do polskiej ligi wrócił też Rakels, który jednak w Poznaniu nie zaistniał i prawdopodobnie poszuka szczęścia gdzieś indziej. Sprowadzenie go do Lecha trudno oceniać jako ruch rozważny.

Na początku rundy jesiennej trener Nenad Bjelica z wielką cierpliwością starał się odbudować formę Nicki’ego Bille Nielsena. Nie zrażał się, gdy ten piłkarz zawodził w kolejnych spotkaniach. Wkładał w grę dużo serca, ale nic poza tym, bo brakuje mu piłkarskiej jakości. To nie jest napastnik na miarę Lecha. Z klubem kontrakt wiąże go do czerwca. Wątpliwe, by pozostał w Poznaniu tak długo.

Pojawiają się pierwsze spekulacje na temat napastnika, który zimą dołączy do drużyny. Mówi się o zawodnikach z polskiej ligi, traktowanych jako uzupełnienie składu, ewentualne zastępstwo dla Gytkjaera. Podobno w grę wchodzi też gracz z Hiszpanii. Jego wartość ocenia się na milion euro, ale gdyby trzeba było za niego zapłacić, prawdopodobnie nie kosztowałby więcej niż rozczarowujący Barkroth. Jóźwiak, który wszedł na boisko w końcówce ostatniego meczu, już dziś jest piłkarzem bardziej pożytecznym niż Szwed, a będzie coraz lepszy.

Józef Djaczenko