Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Wciąż czekamy na powrót Lecha. Prawdziwego Lecha

włącz .

W sytuacji, w jakiej znalazł się Lech, każde zwycięstwo to cenna zdobycz. W niedzielę mogło być dużo gorzej, bo przeciwnik trafił się wprawdzie słaby, ale Kolejorz największe problemy ma z sobą samym. Drużyna okropnie męczy siebie i tych, co na jej grę patrzą. Nie widać luzu, swobody, radości z gry. Ten stan utrzymuje się od dawna. Nic nie zwiastuje poprawy. Wydaje się, że może być tylko gorzej, zwłaszcza że właśnie straciliśmy czołowego piłkarza.

Maciej Makuszewski to wielki pechowiec. Wychodząc na pozycję pozwalającą stworzyć duże zagrożenie pod bramką Cracovii tak nieszczęśliwie potknął się o piłkę, że skręcił nogę w kolanie. Może być źle, bo do Mistrzostw Świata zostało tylko trochę więcej niż pół roku i wielka impreza może skrzydłowemu, który właśnie uzyskał życiową formę, przepaść. Gdyby naruszone zostało tylko więzadło boczne, mówilibyśmy o szczęściu w nieszczęściu, bo leczenie trwałoby tygodnie a nie miesiące.

W wyjściowym składzie Lecha widzieliśmy dysproporcję między lewym i prawym skrzydłem. „Maki” to piłkarz, który daje drużynie bardzo dużo. Biegający na drugiej stronie Radut też był aktywny, ale bezproduktywny. Kiedy miał piłkę na nodze w sytuacjach, gdy wystarczyło trafić między słupki i liczyć, że bramkarz nie zdąży z interwencją, fatalnie kiksował. To się może zdarzyć każdemu, ale nie kilka razy w jednym meczu. Dziwne, że trener znów nie daje szans Jóźwiakowi, nie posyła na skrzydło Rakelsa.

W grze Lecha znamienna była też postawa Kostewycza, znanego z ofensywnego stylu gry. Zapędzał się z piłką na połowę przeciwnika, ale kiedy dotarł z nią do wysokości pola karnego, stawał jak wmurowany i rozglądał się, szukał kolegów. Oni w tym czasie też stali, więc akcja, która mogła przynieść coś dobrego, kończyła się. Piłka wędrowała do tyłu, a kiedy w jej posiadaniu znajdował się Dilaver, natychmiast trafiała do bramkarza. Ten wybijał ją na ślepo, byle gdzie. Wielokrotnie w ten sposób Lech tracił posiadanie. Trener Bjelica twierdzi, że przyczyną słabych wyników jest nieskuteczność. To bujda. Drużyna jest rozbita, niepoukładana, bo prostu źle przygotowana. Nie stosuje pressingu, nie oglądamy szybkiego rozegrania, celnych podań, a jedynym graczem starającym się zrobić cokolwiek twórczego jest Jevtić.

Wydaje się, że Darko długo już w Lechu nie pogra. Obok Makuszewskiego jest najwartościowszym zawodnikiem. Gdy sięgnie po niego klub z lepszej, a przede wszystkim bogatszej ligi, w Poznaniu nie będzie już kreatywnych piłkarzy. Ktoś w jego miejsce zostanie sprowadzony, nie ma co się jednak łudzić, że będzie to gracz o choćby zbliżonej klasie. Polityka transferowa jest inna. Bardzo rzadko się zdarza, by drużynę zasilił ktoś lepszy od tych, co już tu są. Możliwości finansowe Lecha rosną, więc wypadałoby wreszcie pomyśleć o budowaniu drużyny nie innej, ale lepszej.

Mamy połowę rozgrywek, a osiemnastu ligowych trenerów straciło pracę. O stabilności pracy szkoleniowej i cierpliwości prezesów nie ma co mówić. Przesadą jest jednak twierdzić, że to zjawisko typowe dla Polski, czy dla innych kiepskich lig. W trakcie sezonu trenerzy odchodzą nawet z klubów wzorcowych, mądrze zarządzanych, takich jak Borussia Dortmund. Każdy trener z Premier League może się spodziewać, że pierwsza seria słabszych spotkań stanie się przyczyną rozwiązania kontraktu.

W normalnym świecie nikt nie mami ludzi perspektywą budowaniem klubu na solidnych podstawach, z sukcesami zaplanowanymi na lata przyszłe. Autor takich zapowiedzi zostałby ośmieszony, nikt już nie słuchałby go z powagą. Zwycięstwa mają być natychmiast, bo ludzie na to czekają, po to przychodzą na te konkretne mecze. Nie rozstają się ze stadionem twierdząc, że pojawią się tu w roku, na który pan prezes planuje sukcesy. Trener, który zawodzi tu i teraz, szybko odchodzi. Cierpliwość nie zawsze popłaca. Koszty zwlekania z takimi decyzjami rosną, o czym władze Lecha przekonały się wielokrotnie trzymając na siłę poprzednich trenerów, a potem pozbywając się ich w sytuacji totalnego kryzysu.

Wydaje się, że Nenad Bjelica zabrnął w ślepy zaułek. Nie odnajduje recepty na poprawę gry drużyny, na zmianę jej mentalności. W większości klubów byłby to wystarczający powód do zwolnienia, ale tu go to nie spotka. W styczniu zacznie przygotowania do nowego sezonu, a wszystko, co wydarzy się potem, jest niewiadomą. Scenariuszy jest kilka. Lech może znów wystartować serią wysokich zwycięstw, na co chyba wszyscy liczą, być może irracjonalnie. Trzeba się jednak liczyć i z tym, że marazm będzie trwał. Wtedy zarząd albo szybko podziękuje trenerowi za współpracę, albo pozwoli mu dokończyć sezon.

Nie tak dawno temu bylibyśmy przekonani, że poprowadzi drużynę także w kolejnym sezonie, bo to przecież rozwiązanie najtańsze, nie wymagające wysiłku. Teraz nie jest to już pewne. Do rządzących Lechem chyba dociera, że trzeba przynajmniej udawać, iż priorytetem jest wynik sportowy, a nie finansowy, bo klub piłkarski to nie firma nastawiona wyłącznie na zysk. Duże pieniądze znajdą się tu dopiero po dużym sukcesie. Do niego właśnie trzeba dążyć, nawet podejmując decyzje niecierpliwe i ryzykowne. Futbol to gra szalona. Dla tego, kto jej regułom się nie podda, jedynym osiągnięciem pozostanie zrównoważenie budżetu.