Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Sezon trwa. Czy Lech wróci do gry?

włącz .

Piłkarze Lecha odpoczywają po ostatnich trudach, a kibice wciąż przeżywają zawód, jakiego doświadczyli w ostatniej ligowej kolejce. I w poprzedniej. A także we wcześniejszych, bo ostatni raz Kolejorz wygrał 1 października. Rozniósł wtedy Legię i rysowała się przed nim świetlana przyszłość. Potem stracił 9 punktów, pozwolił się wyprzedzić rzekomo słabej Legii i nikt dziś nie wskazuje go jako kandydata do mistrzostwa.

Po meczu z Górnikiem trener Lecha z rozbrajającą szczerością przyznał, że wygrała drużyna lepsza. W futbolu – nic nadzwyczajnego. Prawie zawsze jedna drużyna jest lepsza, dlatego zwycięża. Jednak porównanie potencjału obu klubów, wartości drużyn i oczekiwań ich kibiców prowadzi do wniosku, że coś tu jest nie tak. Owszem, Górnik gra dużo lepiej niż można się tego było po nim spodziewać. Dlaczego jednak tak łatwo obnażył słabości Lecha? I dlaczego jest ich tak wiele?

Wygląda na to, że ta drużyna jest zbyt słaba na odnoszenie sukcesów. Kilka zespołów z ekstraklasy gra dużo lepiej. W Kielcach i w Zabrzu wiedzą, jak wykorzystać potencjał piłkarzy nie cieszących się statusem gwiazd, jak zbudować drużynę grającą widowiskowo i skutecznie. Doświadczeni zawodnicy, jakich Lech ma w składzie potrafią na krótko zdominować każdego przeciwnika, ale wygrywanie nie leży w ich możliwościach. Stosują archaiczną, nieskuteczną taktykę. Podaniami wszerz boiska i wrzutkami w pole karne, gdzie na piłkę czekają napastnicy ubrani w czapki-niewidki, niczego się nie osiągnie.

Pod koniec sierpnia Lech pokonał w Niecieczy Termalikę. Od tamtego czasu rozegrał pięć wyjazdowych spotkań. Nie wygrał żadnego. Przegrał we Wrocławiu i w Zabrzu nie mając żadnych argumentów na swoją korzyść, pozwolił się zdominować piłkarzom teoretycznie słabszym, dużo gorzej wynagradzanym. W Szczecinie cudem wybronił się przed porażką z drużyną, którą jesienią leją po kolei wszyscy. W Białymstoku i w Gdańsku na zwycięstwa nie pozwoliła nieumiejętność zdobywania bramek. Podobnie zresztą było na własnym stadionie w meczu przeciwko Wiśle.

Dla kibiców sytuacja ta jest tym bardziej szokująca, że latem do drużyny dołączyło wielu zawodników z – wydawałoby się – papierami na solidne granie. Okazało się niestety, że drużyna jest słabsza niż przed rokiem. Obrońcy Bednarek i Wilusz nie pozwalali się ogrywać tak łatwo, jak Dilaver i Janicki. Robak i Kownacki strzelali gola za golem, czego nie można powiedzieć o Duńczykach. Spośród pomocników tylko Trałka, Makuszewski, Jevtić i niekiedy Gajos trzymają wysoki poziom. Nie zawodzą Gumny i Kostewycz.

Gdyby na trenerze Marcinie Broszu spoczął obowiązek umieszczania w składzie Radosława Majewskiego, jego drużyna nie zdobywałaby tak wielu bramek. „Maja” jest mistrzem zwalniania gry. Po przyjęciu piłki rzadko rozgrywa, zwykle ją prowadzi, szuka możliwości oddania strzału, prawie zawsze z fatalnym skutkiem. Górnik natomiast po każdym odzyskaniu piłki wyprowadza błyskawiczny atak gubiąc defensywę przeciwnika. No i ma w składzie super strzelca. Ławka jest tam krótka, więc nie wiemy, jak długo Górnik uchowa się na czele tabeli. Nie będzie jednak szukać „wzmocnień” w Danii czy Szwecji, lecz da szansę kolejnym zawodnikom młodym, a oni nie zawodzą. Gdyby Górnik miał w składzie Pawła Tomczyka, siła ofensywna i szybkość atakowania byłaby jeszcze większa. Natomiast karą dla trenera Brosza byłby nakaz wystawiania Nicki’ego Bille.

Obserwatorzy ligowych wydarzeń nie mają wątpliwości: zimą Lech, jeżeli nie wyleczył się z ambitnych planów, musi wzmocnić atak. Nie wydaje się to jednak prawdopodobne. Ten klub w ten sposób nie działa. Dopóki są w drużynie napastnicy, będą wystawiani. To, czy są skuteczni i jak się to przekłada na liczbę punktów w tabeli, jest drugorzędne. Będziemy więc „delektować się” grą duńskich napastników ciesząc się, że jednemu z nich za kilka miesięcy, a drugiemu rok później skończy się kontrakt. Dopiero wtedy klub pomyśli o zatrudnieniu kogoś nowego. Lub nie.

Trener Nenad Bjelica jeszcze wiosną cieszył się opinią cudotwórcy. Potrafił postawić na nogi piłkarzy – wydawałoby się – bez przyszłości. Pod jego wodzą Lech wygrywał i wygrywał, aż nagle wszystko to się skończyło. Przyszły porażki w najważniejszych meczach, klęska na Stadionie Narodowym. Przed sezonem otrzymał piłkarzy, których sam wybrał. Budował silną drużynę, z szerokim składem, bo Lech miał walczyć na kilku frontach. Dziś pozostał mu tylko jeden. Jest jeszcze czas, by zacząć walczyć przynajmniej na nim.