Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Chcemy szaleństwa!

włącz .

Lech rozegrał dwa mecze, które choć nie przyniosły sportowego sukcesu i nie przybliżyły go do mistrzostwa, to zafascynowały kibiców. W futbolu najgorsze jest to, czego w naszym klubie od lat mamy pod dostatkiem: nuda, przewidywalność, tolerowanie bylejakości, byle tylko nie wymagała wydawania pieniędzy. Bez szaleństwa nie ma futbolu, nie ma sportu. Bez emocji piłka nożna umiera.

W Gdańsku oglądaliśmy klasyczną wymianę ciosów. Lech dwukrotnie przegrywał, dwukrotnie gonił wynik, wreszcie wyszedł na prowadzenie, ale nie dał rady dowieźć go do ostatniego gwizdka. W tym meczu było wszystko – rzut karny i jego brak, czerwone kartki, sędziowskie pomyłki i decyzje podejmowane z opóźnieniem, zmieniające się prowadzenie. Kibicom Kolejorza do pełnej satysfakcji zabrakło tylko trzech punktów, ale takie wydarzenia pamięta się latami. O bezbramkowych remisach, czy nawet jednobramkowych zwycięstwach zapomina się natychmiast.

W piątkowy wieczór przy Bułgarskiej też zaczęło się od straty bramki, a wszystko, co wydarzyło się do samego końca, to – oprócz fatalnej połowy pierwszej połowy – pełen pasji pościg za przeciwnikiem. Nikt nie nudził się ani przez moment, nie było na to czasu, bo powodujące wściekłość złe zagrania i niecelne podania, spudłowane strzały przeplatały się z kolejnymi świetnymi okazjami bramkowymi. Przeciwnik prowadził i prowadził, a zdeterminowany Lech starał się, jak mógł, by to zmienić, rzucić go na łopatki, z których nie miałby szans już się podnieść.

Trener „grał” z drużyną i podejmował decyzje już nie ryzykowne, ale po prostu szalone. Zdjął z boiska dwóch obrońców, co groziło stratą drugiej bramki, czyli zamknięciem meczu. Mógł sobie na to pozwolić, bo ma w drużynie Łukasza Trałkę. Doświadczony piłkarz wie, jak się ustawić i ma wystarczająco dużo piłkarskiej klasy i siły, by niemal w pojedynkę powstrzymać kontrataki. Piłkarze kochają taką desperację, stawianie całej stawki na jedną kartę. Bramka strzelona w ostatniej chwili przyniosła im więcej radości niż gdyby była zwycięską, ale poprzedzającą nudne bronienie wyniku.

W ostatnich latach wielu kibiców, także moich dobrych znajomych, wspierających Kolejorza przez całe życie, zrezygnowało z przychodzenia na mecze. Mieli dość. Wściekli się na politykę klubu polegającą na gaszeniu emocji, preferowaniu nudy i przewidywalności. Nie rozumieli, jak można przedłużać kontrakt z trenerem przegrywającym, zawodzącym, autorem wielkich klęsk. Pytali, czemu ma służyć sprowadzanie do klubu piłkarzy nie potrafiących grać w piłkę, gorszych od tych, co już tu są. Chcieli się cieszyć zwycięstwami, a uświadomili sobie, że to nie jest priorytet tego klubu, za to historyczne blamaże traktuje się z pełną wyrozumiałością. Piłkarze wiedzą, że nie warto umierać za Lecha. Ważniejsza jest przecież stabilizacja, a sukces ma przyjść w 2020 roku. Albo tam kiedyś. Mam nadzieję, że wszyscy ci kibice uwierzą kiedyś w przewartościowanie i wrócą na stadion.

Lech ma prężny dział promocji, ale w tej dziedzinie jeszcze więcej potrafią zdziałać ludzie odpowiedzialni za grę drużyny. Jeden porywający mecz przysporzy klubowi większą liczbę zwolenników niż długa i mrówcza praca urzędników, choćby i bardzo wykwalifikowanych. Zakończone powodzeniem zdjęcie obrońców i wprowadzenie graczy ofensywnych to ruch, który w kategoriach marketingowych jest po prostu nieoceniony. Tak funkcjonuje współczesny futbol. Kto go nie czuje, niech opowiada, że klub nie potrzebuje napastnika, ma już przecież jednego i zawsze jest nadzieja, że jeszcze przed końcem kontraktu zacznie strzelać bramki. Nie będzie ani sportowego sukcesu, ani tłumów ludzi na trybunach.

Każda złotówka zainwestowana w generowanie emocji przynosi korzyści. Napędza koniunkturę. Budzi zainteresowanie mediów, potencjalnych reklamodawców. Za nudę i stabilizację nikt nie płaci. Lech ma wszystko, by odnosić sukcesy. Emocje to towar, który można sprzedać. W Wielkopolsce zapotrzebowanie na nie jest wielkie. Potrzeba tylko ludzi znających się na tym specyficznym rynku, potrafiących uwolnić potencjał drzemiący w Lechu Poznań.

Józef Djaczenko