Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Trudna sztuka zdobywania bramek

włącz .

Za remis przyznaje się tylko punkt. Gdyby z trzech ostatnich meczów Lech haniebnie przegrał dwa, skupiając na sobie ostrą krytykę, a jeden wygrał, miałby tyle samo punktów co teraz, po trzech remisach i całkiem niezłej grze. Co z tego, że w Białymstoku, Gdańsku i w spotkaniu przeciwko Wiśle pozostawił po sobie dobre wrażenie, skoro za chwilę może w tabeli znaleźć się za Legią. Tą samą, którą w Poznaniu rozniósł, ale która nie remisuje ostatnio lecz wygrywa.

W każdym z ostatnich spotkań czegoś Lechowi brakowało. Na wyjazdach stracił pewne wydawałoby się zwycięstwa, nie potrafił zagrać rozsądnie, dowieźć dobrego wyniku do końca. Natomiast w piątek „popisał się” karygodną nieskutecznością. Strzelał i strzelał, ale pudłował i pudłował, a kiedy trafiał w bramkę, to akurat w miejsce, w którym stał bramkarz Buchalik. Mówi się o niesamowitych jego interwencjach. Owszem, kilka było niezłych, ale w większości przypadków nie musiał się wysilać. Piłkarze Lecha celowali w niego.

Na domiar złego znów nie dopisał VAR, przeciwko któremu trener Lecha wszedł na wojenną ścieżkę. Jest największym krytykiem tego systemu. Twierdzi, że niszczy on emocje, a w dodatku nie zapewnia tego, do czego został powołany: sprawiedliwości. W Gdańsku Gytkjaer był ewidentnie faulowany w polu karnym. Obrońca Augustyn w ogóle nie interesował się piłką, staranował go na oczach sędziego Musiała, a także „specjalisty” zasiadającego przed monitorem i mającego możliwość oglądania powtórek. Bjelica ma rację: po co komu system, który działa tylko czasami, w kluczowych momentach nie można na niego liczyć? W Poznaniu sytuacja powtórzyła się. Faul na Makuszewskim uszedł Wiśle nas ucho.

Chorwacki trener Kolejorza powinien się skupić nie na krytyce VAR-u, bo niczego tu nie wskóra, ale na doskonaleniu gry swej drużyny. Znów nie udało się jej rozegrać pełnych 90 minut na tym samym, wysokim poziomie. Rozpoczęła mecz mniej więcej pół godziny po pierwszym gwizdku, gdy trzeba było gonić wynik. Wcześniej nie pokazała ani jednej sensownej akcji, a podania na własnej połowie w poprzek boiska doprowadzały widzów do rozstroju nerwowego. Kiedy już Lech zaczął tworzyć groźne akcje, zabrakło mu wykończenia. Nic nie tłumaczy Majewskiego, Jevticia, a zwłaszcza Gytkjaera. Makuszewski i Kostewycz chyba zdają sobie sprawę, że wrzucenie piłki ze skrzydła na piąty mecz to pewna jej strata, bo akurat tam stoi bramkarz, któremu wystarczy wyciągnąć ręce, by zakończyć atak przeciwnika.

Kierowanie Jevticia na skrzydło to zwykłe marnotrawstwo. Klasowy piłkarz poradzi sobie na każdej ofensywnej pozycji, ale z kogoś takiego jak Jevtić dużo większy pożytek jest tam, gdzie kreuje akcje, obsługuje partnerów i strzela, gdy znajdzie sposobność. Zawodników potrafiących zastąpić Situma Lech ma w składzie wystarczająco wielu, by nie tracić głównego rozgrywającego. Już lepiej byłoby przesunąć na bok boiska Majewskiego. Ten gracz potrafi dobrze przyjąć piłkę, rozpędzić się z nią, podać kolegom. Kiedy jest przed polem karnym na wprost bramki, nic go nie powstrzyma przed oddaniem strzału. Skutek prawie zawsze jest opłakany, sam zawodnik czuje po czymś takim zażenowanie. Gdyby znajdował się na skrzydle, strzelanie nie kusiłoby go tak bardzo, nawet po zejściu do środka boiska.

Mimo tych wszystkich niedostatków, Lechowi należy się uznanie za totalne zdominowanie Wisły. Wycofała się na własną połowę, grała kompaktowo zmuszając Lecha do ataku pozycyjnego, który jego mocną stroną nie jest. A jednak po kilku zwyczajowych podaniach w poprzek zawsze jakoś potrafił wedrzeć się w pole karne. Przy lepszej skuteczności wykorzystałby którąś z kilkudziesięciu okazji bramkowych. Miał też prawo liczyć, że sędzia nie pozostanie ślepy na faule w polu karnym. Brak reakcji może sugerować zemstę za zawziętą krytykę VAR-u.

Limit remisów wyczerpał się. Mogą one zapewnić miejsce w górnej połowie tabeli, ale niczego więcej. Teraz już potrzebne są punkty. Różnice w tabeli są tak znikome, że każda kolejka może przynieść przetasowania, a po fazie zasadniczej nawet bez podziału punktów cała zabawa zacznie się od początku. Lech musi więc wygrywać jeszcze w tym roku, poczynając od sobotniego spotkania w Zabrzu, a zimą pomyśleć o wzmocnieniu siły ofensywnej. Raczej nie mamy co liczyć na sprowadzenie skutecznego napastnika. Walka o mistrzostwo nie jest przecież warta transferowego szaleństwa. Będziemy w dalszym ciągu skazani na Duńczyków. Gytkjaer miał w piątek okazję strzelić kilka bramek. Zawiódł totalnie. Prawdopodobnie jeszcze w tym sezonie jakieś gole zdobędzie, ale możemy być pewni, że Lecha nie zbawi. Ani on, ani tym bardziej jego rodak.

Miłą niespodzianką jest natomiast postawa Rakelsa. Niewielu liczyło w jego zmartwychwstanie. Trener w drugim meczu zastosował ten sam odważny manewr – za obrońcę wprowadził na boisko Łotysza. W Gdańsku przyniosło to bramkę po jego asyście. W Poznaniu zabrakło mu koncentracji. Doszedł do świetnego podania. Miał piłkę na głowie i odsłoniętą bramkę. Uderzył niestety nerwowo i niecelnie. Ma czego żałować. W następnym spotkaniu prawdopodobnie znów będzie jokerem i może wreszcie uda mu się to, z czego niegdyś na polskich boiskach słynął.

Józef Djaczenko