Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Słabość przyszła w najgorszym momencie

włącz .

Nikt już nie ma wątpliwości, że z Lechem dzieje się źle. Wysoka pozycja w tabeli była myląca, drużyna uzyskiwała wyniki lepsze niż jej gra. Wystarczyło stanąć przeciwko Śląskowi, który jest ostatnio jednym z lepszych zespołów, by na jaw wyszła cała słabość ekipy Bjelicy. Nic nie rokuje poprawy, a trzeba zagrać serię spotkań z drużynami klasowymi. To się może źle skończyć. Trzeba wierzyć w drużynę, której się kibicuje, ale wszystkie fakty świadczą przeciwko niej, a zwłaszcza jej trenerowi.

Prawie wszystkie mecze Lecha w nowym sezonie były słabe. Kiepską postawę piłkarzy tłumaczyło się różnie – zbyt krótkim okresem przygotowawczym, intensywnością treningów, niedyspozycją ważnych zawodników, brakiem zgrania tych, co do Poznania przyjechali latem, częstotliwością rozgrywanych meczów, znużeniem podróżami. Czas mija, argumenty te tracą aktualność, a gra nie tylko nie poprawia się, ale jest coraz gorsza. Nawet trener przyłączył się do tych, co surowo oceniają jego podopiecznych.

Kiedy Lech wygrywał, uchodził za ojca sukcesu. Kibice wychwalali go, zbierał wysokie recenzje, budził nadzieje na lepszą przyszłość klubu. Potęga Lecha okazała się złudna. Starcia z najlepszymi zespołami pokazały mu miejsce szeregu. Nie było sukcesu, trofea przeszły koło nosa. Obecny trener nie odpowiadał za budowę tamtej drużyny. Po wakacjach wszystko miało się zmienić. I rzeczywiście do Poznania przyjechało wielu nowych piłkarzy. Kilku ważnych odeszło, ale Bjelica otrzymał wolną rękę w typowaniu zawodników, których chce mieć w składzie. Zbudował drużynę autorską, więc to on za nią odpowiada.

W klubie nie ma doświadczonego dyrektora sportowego. Do tej pory o sprowadzaniu zawodników decydował, nazwijmy to ogólnie, zarząd. Ten sam zarząd rozliczał drużynę, bo to on ją budował. Oceniał więc samego siebie, a nie podlegającego mu dyrektora sportowego. Brakuje tylko tego, by zarząd zajął się też trenowaniem. Pojawienie się Bjelicy naruszyło ten układ, ale nie nastąpiła zmiana na lepsze. Trenerowi nieoficjalnie przypisano dodatkową funkcję szefa skautingu. Mógł wybrać tych, których chciał. Wydawało się, że jego wybory były trafne. Nowi gracze sprawiali solidne wrażenie. Mieli odpalić, ale nie odpalili. Grają coraz gorzej, a we Wrocławiu teoretycznie słabsi, a z pewnością tańsi piłkarze Śląska robili z nimi co chcieli.

Żaden ze sprowadzonych zawodników nie gra na miarę oczekiwań. Dobrze rokowali, ale im dłużej trenują pod okiem Bjelicy, tym z nimi gorzej. Co się stało z Situmem i Dilaverem? Barkroth rzeczywiście jest tak słabym piłkarzem, czy w Poznaniu nie potrafi pokazać, na co go stać? Miał szaleć na skrzydle, gubić obrońców, tymczasem rzadko wchodzi na boisko od początku, a przeciwnikom nie zagraża nigdy. Janicki to typowy ligowy średniak, nie zapewnił defensywie większej jakości. Vujadinović to jeszcze jeden transfer-widmo, a o sprowadzeniu Rakelsa lepiej taktownie milczeć.

Siłą Lecha był atak, z Robakiem na czele, z rozwojowym Kownackim. Niezależnie od tego, czy głównym celem trenera było wypromowanie „Kownasia”, czy kierował się siłą drużyny, miał kto strzelać bramki. Pożegnanie Robaka było błędem, osłabiło Lecha, wzmocniło rywala. Teraz Kolejorz musi sobie radzić bez ataku. Gytkjaer dowiódł w Norwegii, że ma duże umiejętności. W Lechu ich nie ujawnia, nie ma okazji, nikt do niego nie zagrywa. Strzelił kilka bramek i przepadł. W meczu ze Śląskiem zniechęcony Duńczyk kilka razy znalazł się przy piłce, ale nie miał żadnego sensownego zagrania, o oddawaniu strzałów nie wspominając.

Jego rodak Bille to jedno wielkie nieporozumienie. W obecnej dyspozycji trudno by mu było załapać się do jakiejkolwiek drużyny ligowej, a w Lechu szanse otrzymuje co tydzień, jakby priorytetem było tuszowanie błędów transferowych, a nie zwyciężanie. Inna sprawa, że Duńczycy są jedynymi napastnikami w klubie szczycącym się liczną, wyrównaną kadrą. W tej sytuacji statystyki dotyczące oddawanych strzałów nie mogą dziwić. Wynika z nich, że w kilku ostatnich spotkaniach Lech celnie na bramkę uderzył rzadziej, niż inne drużyny z polskiej ligi w jednym meczu. We Wrocławiu liderowi tabeli udało się to zrobić jeden raz.

Kiedy do Lecha przyjeżdżał jeden nowy piłkarz po drugim można było liczyć na konkurencję w drużynie. Nie sprawdzi się, straci dyspozycję lub zmęczy się jeden piłkarz, będzie można sięgnąć po drugiego. Rzeczywistość okazała się smutna. Nie ma kim zastąpić tych, co spisują się słabo i coraz słabiej. Okazuje się, że nie wystarczy nasprowadzać zawodników, by zbudować piłkarską potęgę. Trzeba jeszcze mieć o tym pojęcie. W dodatku nie wiadomo, kogo rozliczać z budowy takiej drużyny, trenera czy tych, co mu dodatkowe plenipotencje powierzyli.

Po trzech fatalnie rozegranych meczach trudno o optymizm przed tym najważniejszym w rundzie. Może się zdarzyć, że w niedzielę Lech nie potrafi  przeciwstawić się Legii, choćby i mocno tego chciał. Kibiców bardzo to zaboli, ale tylko ich. Zostaną sami, bo przecież władze klubu mają inne, bardziej dalekosiężne priorytety, żyją w innym świecie. Nie pozostaje więc nic innego, jak wiara, że w najbliższym tygodniu drużyna stanie na nogi i nie sprawi nam zawodu. Piłkarze wiedzą, o co zagrają. Jeśli akurat teraz, w kluczowym momencie pokonają swoje słabości, zasłużą na szacunek.

Józef Djaczenko