Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Mamy lidera, ale dumni z niego nie jesteśmy

włącz .

Lepiej być zdrowym i bogatym niż chorym i biednym. Lepiej zagrać porywający mecz i odnieść zwycięstwo niż pokazać grę beznadziejną i sromotnie przegrać. To oczywiste, ale nie zawsze jedno z drugim się łączy. Od piątkowego wieczoru trwają dyskusje, co dla Lecha ważniejsze: zwycięstwo po grze, której nie można oglądać bez rumieńca wstydu za piłkarzy biegających w niebieskich koszulkach, czy piękna gra, po której można być dumnym, ale i zmartwionym, bo punktów nie przyniosła.

Rok temu klub pożegnał się z trenerem, z którym dopiero co przedłużył umowę w podzięce za koncertowe zmarnowanie sezonu, a który gwarantował w pakiecie katastrofalnie słabą grę i przegrywanie meczu za meczem. Nastała era Bjelicy i nie było już jednego z drugim. Drużyna nadal miała problemy z wygrywaniem, błąkała się w dolnych strefach tabeli, ale zaczęła grać tak, że oglądało się to z przyjemnością: ofensywnie, ambitnie, z pomysłem. Teraz sytuacja się odwróciła. Lech umocnił się na szczycie tabeli, ale stylem gry, a właściwie brakiem jakiegokolwiek na to nie zasłużył.

Latem do drużyny dołączyli piłkarze, których zadaniem było przeobrażenie gry Lecha. Niemal wszyscy mają za sobą sukcesy, zdobywali trofea grając w solidnych klubach. Za ich sprawą w przeszłość miało odejść przegrywanie spotkań jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego, nie podejmowanie walki. Z utęsknieniem czekaliśmy na nowego, lepszego Lecha. Za nami sześć spotkań w europejskich pucharach, jedno w Pucharze Polski i dziewięć w lidze. W sumie 16, czyli więcej niż trzeba rozegrać w całej rundzie ekstraklasy. Wystarczająco dużo, by się zespół się zgrał, zyskał nowe oblicze. I jakiego Lecha widzimy na boisku? Takiego, jakiego oglądać już nie mieliśmy.

Trener wydaje się nie panować nad drużyną, którą trzeba określić jako jego autorską. Twierdzi, że nie jest dumny z jej postawy. Nie wie, dlaczego z grą, szczególnie w ofensywie, jest tak źle. Zapewnia, że na treningu ci sami piłkarze zachowują się zupełnie inaczej. Nie sprawiają wrażenia przemęczonych, przetrenowanych lub niedotrenowanych, ale nagle stracili walory. Dotyczy to prawie wszystkich, a najgorzej wyglądają gracze nowi. Liderem zespołu, piłkarzem, który nie zawodzi, jedynym, który chce atakować i wie, jak to się robi, jest Łukasz Trałka.

Piłkarze sprowadzeni do klubu na życzenie trenera mieli poprowadzić drużynę. I rzeczywiście ciągną ją, ale w dół. Nie wiemy, jak Barkroth grał w Szwecji. W Lechu jest po prostu słaby. W niczym nie góruje nad Jóźwiakiem, na którego trener w ogóle nie stawia, jakby chciał dowieść, że Szwed jest niezastąpiony. Situm ma przebłyski dobrej gry. Potrafi wejść w drybling, celnie uderzyć z dystansu, dobrze trafić głową. Stopniowo traci te walory, gubi piłkę, podejmuje złe decyzje. Rakels w obecnej formie nie nadaje się nawet do drużyny rezerw. De Marco długo się leczył, a kiedy zaczął grać, okazał się amatorem, bo zawodowcy nie popełniają takich fauli w polu karnym. Dilaver to solidny rzemieślnik, nic więcej, Janicki też Lecha nie zbawi. Nie bardzo wiadomo, w jakim celu do Lecha trafił Vujadinović.

Osobny rozdział to duńscy napastnicy. Gytkjaer nie był kotem kupowanym w worku. Wszyscy znali jego styl i wiedzieli, że nie będzie strzelał bramek bez współpracy z kolegami, bez gry szybkiej i kombinacyjnej. Teraz snuje się po boisku, biega bezproduktywnie od obrońcy do obrońcy, jakby chciał w pojedynkę zakładać pressing. Ofensywa Lecha nie istnieje, brakuje okazji bramkowych. Wszystkie strzelone w ostatnich meczach bramki padły po stałych fragmentach gry. Może po powrocie do drużyny Jevticia Gytkjaer doczeka się wreszcie podań, ale jego starszemu rodakowi nawet to nie pomoże. Ciekawe, kiedy trener się do niego zniechęci. Robak i Kownacki dawali Lechowi dużo więcej. Nie trzeba było, jak teraz, radzić sobie bez ataku.

Strach pomyśleć o komrpomitacji, jaka byłaby możliwa, gdyby tak grająca drużyna załapała się do Ligi Europy. To się musi zmienić, trzeba jak najszybciej wyjść z kryzysu, wrócić na normalny poziom. Można spekulować na temat przyczyn obecnej sytuacji, ale teraz ważniejsze jest, byśmy za tydzień we Wrocławiu nie nałykali się wstydu.