Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Kredytu zaufania nie przyznają dożywotnio

włącz .

Pozycja Nenada Bjelica ciągle jest mocna. Nie ocenia się go negatywnie, mimo iż niczego wartościowego jeszcze nie osiągnął, przegrał wszystkie – wszystkie! – spotkania o wysoką stawkę. Kiedy podczas pomeczowej konferencji prasowej usłyszał pytanie, czy nie boi się, że kiedyś to zaufanie straci, obraził się, wdał się w polemikę. Działo się to po meczu, w którym Lech podjął wprawdzie walkę, ale który wykazał, jak wiele mu brakuje do pokonania europejskiego średniaka.

Trener Lecha szybko przekonał kibiców i władze klubu do swoich metod. Było mu łatwo, bo poprzedni trener nie zawiesił wysoko poprzeczki. Nie potrafił zmusić drużyny do takiej gry, jakiej wszyscy oczekują, a znośne wyniki uzyskiwała ona tylko po zamurowaniu własnej bramki i liczeniu na jeden udany atak. Mając piłkarzy przewyższających klasą ligową średnią, nie potrafiła wywalczyć awansu do pucharów. Poprzednik Bjelicy zmarnował sezon i beznadziejnie rozpoczął następny.

Po zmianie trenera Lech od razu zaczął grać ładniej, skuteczniej, nowocześniej. Szybko nadrabiał straty do ligowej czołówki, start do wiosennej części rozgrywek miał atomowy. Potem ujawniły się słabości tej ekipy, a największe rezerwy tkwiły w sferze mentalnej. Skutek był taki, że zespół w pewnym momencie przestawał grać, tracił kontrolę nad wydarzeniami, przechodził do rozpaczliwej obrony, czasami w ogóle nie podejmował walki. Im więcej zależało od wyniku, tym boleśniej zawodził. Nie zdobył żadnego trofeum. Do pucharów się zakwalifikował, ale bój trzeba było zaczynać w czerwcu, bez możliwości zbudowania nowej drużyny. Pierwsze dwie rundy udało się przebrnąć, na trzecim przeciwniku Lech się zatrzymał. Jeszcze europejskie rozgrywki nie zaczęły się rozkręcać, a został z nich wyeliminowany.

Nie wszystkie działania trenera i jego wypowiedzi są zrozumiałe. Nikt nie wie, dlaczego w końcówce meczu w Utrechcie posłał do ataku Gumnego a nie lepszego w ofensywie Jóźwiaka, sam nie potrafił tego uzasadnić. W dwumeczu Lechowi zabrakło jednej bramki. Tymczasem trener stwierdził przed rewanżem, że lepiej do niego przystąpić po wyniku bezbramkowym niż po wygranej, bo piłkarze nie będą bronić zdobyczy lecz powalczą o zwycięstwo. Albo chciał być oryginalny, albo nie wierzy w motywację swej ekipy. Nie minęła minuta meczu w Poznaniu, a już wiedzieliśmy, jak bardzo przydałaby się bramka z poprzedniego meczu.

Słabości w grze Lecha tłumaczył koniecznością budowania drużyny, do której dołączyło dziesięciu graczy. Na boisku rzadko pojawia się większa ich liczba niż dwóch-trzech. Często grają Dilaver i Situm, rzadziej Gytkjaer, jeszcze rzadziej Vujadinović, Janicki, czy Barkroth. Trzon zespołu nie zmienił się. Ciekawe, kiedy przestanie się mówić o braku zgrania, o przygotowaniu nie do pierwszych spotkań lecz do długiego sezonu. Co z tego, że za jakiś czas Lech zacznie grać lepiej, skoro zdążył się pożegnać z pucharami. Co z tego, że otrzymał nowych piłkarzy, skoro brakuje im umiejętności Holendrów, którzy mimo iż znajdują się w okresie treningowym to potrafią zaskoczyć rywala szybkością akcji, mądrą i skuteczną taktyką. Ich przechodzenie do ataku było imponujące, a gra obronna dowodziła dużej jakości. Trzeba pamiętać, że grała w osłabieniu, a nie pozwoliła sobie zrobić krzywdy.

W Eredevisie nie grają ludzie bez wysokich kwalifikacji. Lech ma tylko kilku piłkarzy na zbliżonym poziomie. Gytkjaer to świetny nabytek, zapewni Lechowi mnóstwo goli, wygra mu niejeden mecz. Natomiast drugi duński napastnik to nieporozumienie, jest o dwie klasy słabszy od rodaka. Nie wiemy, czy trener rzeczywiście w niego wierzy, ale w swoim fachu pracuje wystarczająco długo, by zauważyć liczne braki Nicki’ego. Podobno duży potencjał ma Barkroth. Jeszcze go nie ujawnił, przeszkodził mu uraz.

Różnicę w poziomie obu lig najlepiej widać obserwując grę Situma. Przechodzący do ataku Holendrzy nie bawili się w zawiłości, piłkę wymieniali błyskawicznie, gwałtownie przyspieszali na kilku marach. Natomiast akcje Lecha, też w założeniu szybkie, zatrzymywały się na Chorwacie, który rozgrywał własny mecz. Głównym celem było okiwanie obrońcy. Koledzy czekali na piłkę, a on robił kółeczka i zwroty szukając miejsca do oddania strzału. Tak nie gra nowoczesna drużyna. Z Situma robi się trochę młodsza odmiana Szymona Pawłowskiego. Ciekawe, dlaczego trener z jednego z nich zrezygnował, a w drugim upatruje gwiazdę drużyny.

Główną przyczyną wyeliminowania Lecha z pucharów były błędy w defensywie. W pierwszej minucie obrońcy zachowali się skandalicznie. Przyglądali się, jak Kerk strzela łatwego gola. Zostawili mu tyle czasu i przestrzeni, ile potrzebował. Kontra, która przyniosła Holendrom drugą bramkę, wynikła z nieumiejętności wyprowadzenia piłki. Trener powiedział po meczu, że jest dumny z gry Lecha. Gdy podda mecz szczegółowej analizie, bez trudu dostrzeże braki, bez wyeliminowania których drużyna nie ruszy miejsca. Ambicja i determinacja były na właściwym poziomie, nie może to jednak tłumaczyć błędów. Janicki i Vujadinović powinni wiedzieć, że nie zasługują na pochwały.

W środę okaże się, czy Lechowi pozostanie gra tylko w lidze. Uzbroił się, przygotował do walki na kilku frontach, więc trenerowi przybył jeszcze jeden problem – frustracja rzadko grających piłkarzy. Rotowanie składem będzie sztuką dla sztuki, utrudni budowę drużyny gotowej zdobyć wreszcie jakieś trofeum. Tłumy ludzi na meczu z Utrechtem znów uwidoczniły piłkarski fenomen Wielkopolski. Zapotrzebowanie na dobrą piłkę i sukcesy jest tu ogromne. Szkoda, że na podobne emocje przyjdzie nam długo czekać. Żal każdego dnia, każdego meczu nie przybliżającego Lecha do Europy. Trener musi zdawać sobie z tego sprawę.

Józef Djaczenko