Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Jak się spisze składak Bjelicy?

włącz .

Co się wyprawia przy Bułgarskiej?! W poprzednich latach kibice Lecha bezskutecznie domagali się transferów, wzmacniania drużyny. Teraz boją się, że trenerowi zabraknie czasu na stworzenie zgranego zespołu z piłkarzy, którzy rekordowo licznie dołączyli do Kolejorza. W krótkim czasie udało się zakontraktować pięciu nowych zawodników, a szósty – napastnik Christian Gytkjaer – właśnie rozpoczyna testy medyczne. To nie koniec letnich transferów, tego jesteśmy pewni.

Dokładnie 11 lat temu nowe władze Lecha powierzyły Franciszkowi Smudzie zadanie stworzenia solidnego zespołu z najlepszych piłkarzy dwóch klubów. To był projekt pionierski, misja wydawała się trudna, nikt od trenera nie żądał natychmiastowych sukcesów. Wprost przeciwnie – mógł liczyć na nieograniczoną cierpliwość nowego właściciela Lecha, także kibicom nie spieszyło się do triumfów, mieli przecież coś, o czym od dawna marzyli: stabilizację, gwarancję przetrwania, przekonanie, że Lechowi prędzej lub później sukcesy są pisane.

Nenad Bjelica na taki luksus liczyć nie może. Trwająca właśnie wymiana kadrowa po to jest przeprowadzana, by zmienić oblicze drużyny, nie powiększać dystansu do ligowej czołówki, przestać trwonić wypracowany kilka lat temu klubowy współczynnik UEFA. Nowy zespół trzeba zbudować właściwie z marszu. Zaakceptować odejście Wilusza, prawdopodobnie także Bednarka, Kownackiego, Kędziory, być może Robaka i Pawłowskiego, czyli zawodników, bez których niedawno trudno było sobie wyobrazić Lecha. W ich miejsce wkomponować Dilavera, De Marco, Situma, Barkrotha, Rakelsa, Gytkjaera, a potem jeszcze innych. Nie wolno zapomnieć o Jóźwiaku i Gumnym, o czekającej na swoją szansę młodzieży z rezerw.

Nie wiemy, czy przemeblowany Lech będzie od razu odnosić zwycięstwa. Wiemy tylko z całą pewnością, że będzie imponować ławką rezerwowych. Trener Lecha otrzyma pole manewru, na jakie żaden z jego poprzedników nie mógł liczyć. Może stworzyć dwie mocne drużyny potrafiące rywalizować i w lidze, i w pucharach. Nie mamy prawa mówić, że taki Lech skazany jest na sukces, bo nie przewidzimy, jak nowi gracze wpiszą się w zespół. Nawet warszawskie gazety z troską się pochylają nad osłabieniem Lecha tracącego przed sezonem kluczowych zawodników. O wzmocnieniach natomiast wypowiadają się wstrzemięźliwie.

Pod koniec sezonu z drużyny stopniowo schodziło powietrze. Okrzyknięta rewelacją wiosny, traciła szanse na trofea. Piłkarze nie zamierzali umierać za Lecha. Było jasne, że trzeba przemeblować skład, pozyskać zawodników mających walkę we krwi. Długo się wydawało, że nic z tego nie będzie, bo nowy sezon nadchodził, a ruchów transferowych nie było. To, co potem nastąpiło, wywołało u kibiców mały szok. Z przymrużeniem oka słuchali zapowiedzi trenera o sprowadzeniu wielu graczy. Wiedzieli, że nie on podejmuje decyzje, lecz ludzie wykluczający transferowe szaleństwa. Wszystko się jednak potwierdziło. Co więcej – personalne ruchy nie wyglądają na chaotyczne. To nie jest sięganie po piłkarzy, których jedynym walorem jest to, że są wolni i mogą grać na pozycji, na jakiej w Lechu występuje wakat. Widać, że wszystko jest zaplanowane, a trener nie tylko opiniował, ale wręcz doradzał w tych działaniach.

Tacy gracze, jak były król strzelców ligi norweskiej, czołowy skrzydłowy ligi szwedzkiej, czy chorwacki uczestnik Ligi Mistrzów powinni zmienić oblicze drużyny. Mamy prawo oczekiwać, że dobry trener, mający zawodników akceptujących jego rolę i jego działania, stworzy solidną ekipę. Już w czwartkowy wieczór przekonamy się, na jakim etapie znajduje się ten proces.

Józef Djaczenko