Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Cierpienia Lecha: stan chroniczny

włącz .

Kiedyś mówiło się, że gazeta żyje tylko dzień, bo następny poranek przyniesie nowe wiadomości i zapomnimy o tym, co było wczoraj. Po zakończeniu meczu możemy mieć kaca, możemy też wpaść w euforię, ale wszystko przeminie z pierwszym gwizdkiem spotkania następnego. Teraz jest inaczej. Po meczu w Warszawie nie powiemy, że nic się nie stało, gramy dalej, raz się wygrywa, a raz przegrywa. Atmosfera zrobiła się fatalna, bo dzieje się źle. Przepada coś ważnego.

Nie chodzi tu o tytuł, który zresztą jeszcze definitywnie nie jest pogrzebany. Chodzi o wiarę w drużynę, piłkarzy, a zwłaszcza trenera. Ostatnie sezony były katastrofalne, mistrzostwo z 2015 roku nie zrekompensowało nam poczucia wielkiego wstydu po historycznych blamażach w lidze, Pucharze Polski, a zwłaszcza rozgrywkach europejskich. Kiedy do Lecha przyszedł Nenad Bjelica wydawało się, że to początek nowej ery. Drużyna grała inaczej, wygrywała, a kiedy nie zdobywała punktów, i tak nie musieliśmy się za nią wstydzić. Co prawda przegrywaliśmy ważne mecze, ale można było pocieszać się brakiem szczęścia.

Wiosna zaczęła się serią efektownych zwycięstw. Kiedy wszystko układało się przepięknie i pojawiły się apetyty na wszystko, co jest do zdobycia, wróciły stare demony. Nikomu dziś nie przyjdzie do głowy nazywać chorwackiego trenera cudotwórcą. Wprost przeciwnie, coraz częściej bywa porównywany do niesławnych poprzedników. Prowadzona przez niego drużyna zawodzi w najważniejszych momentach, takich jak finał Pucharu Polski. Gromi słabeuszy, ale pada na kolana przed tymi, co potrafią grać w piłkę. Może więc wydarzyć się coś, czego nikt nie zakładał, co nie pojawiało się nawet w najczarniejszych snach: znów Lecha ominą europejskie puchary, klub zjedzie na boczny tor. Na to nikt odpowiedzialny nie może sobie pozwolić. Za dużo jest do stracenia.

Jak trener zadziwiał szybkim ogarnięciem drużyny, skierowaniem jej na ścieżkę zwycięstw, tak teraz załamuje nas bezradnością, konsekwencją w powielaniu błędów. Wiedział, jak grają obrońcy Legii. Przy Bułgarskiej mógł się przekonać, jak łatwo sobie radzą z młodym Dawidem Kownackim i jak zmienia się atak, gdy do gry wejdzie Marcin Robak. I co robi w meczu warszawskim? Dokładnie to samo, co w poznańskim. Skutek identyczny. Natomiast po meczu załamuje fanów Lecha swymi wypowiedziami.

Trener drużyny walczącej o mistrzostwo, po spotkaniu z największym przeciwnikiem, z rozbrajającą szczerością twierdzi, że jego podopieczni nie wiedzieli, jak sobie poradzić z najlepszym piłkarzem rywala. O tym, że to groźny i szybki zawodnik, wie w Polsce każdy. Nie ma trenera, który by nie zdawał sobie sprawy, że nie wolno mu pozwolić na szybkie wyjście z piłką za linię obrony, bo to pewna śmierć. A jednak Lech dał się w ten sposób zaskoczyć, i to na samym początku meczu. Co gorsze, w drugiej połowie w identyczny sposób dał się zaskoczyć innemu piłkarzowi Legii. To znaczy, że sztab szkoleniowy Lecha nie przygotował taktycznie drużyny do najważniejszego meczu, nie potrafił nawet wyciągnąć wniosków z tego, co wydarzyło się w pierwszej połowie.

Rozczarowanie jest ogromne, ale nie tylko wynikiem, bo przecież z porażką trzeba było się liczyć. Ogromnym zawodem była postawa drużyny. Nie podjęła walki. Przegrane poniesione w spotkaniach z ligową czołówką skumulowały się i nastąpił wybuch niezadowolenia. Po serii wiosennych zwycięstw wszyscy wychwalali Kolejorza. Aż przyszedł maj i okazało się, że król jest nagi. Mądry trener tym się różni od byle jakiego wyrobnika, że potrafi wyciągać wnioski z niepowodzeń, nie powiela błędów, wznosi drużynę na coraz wyższy poziom. Już jesienią było jasne, kiedy Lech pęka. Ratunku nikt nie szukał, mamy więc stan chroniczny.

Józef Djaczenko