Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Środowa kulminacja

włącz .

Tylko jedna drużyna wygrała wszystkie dotychczasowe mecze dodatkowej fazy rozgrywek ekstraklasy. To Lech. Dobrze mu to wróży, bo podobno mistrzostwo zdobywa się gromadzeniem punktów w meczach z teoretycznie słabszymi rywalami. Wiemy jednak dobrze, że niczego się nie zdziała bez bezpośredniego pokonania głównych rywali. Do tej pory słabo to Lechowi wychodziło. Jeśli w środę znów poniesie porażkę z Legią, będzie można powiedzieć, że poprzednie wyniki nie były przypadkiem i mamy do czynienia z taką samą prawidłowością, jak notoryczne pokonywanie Pogoni.

Nie można powiedzieć, że w fazie zasadniczej Legia pewnie i zasłużenie pokonywała Lecha. W obu przypadkach czyniła to z trudem, rzutem na taśmę, z ogromnym szczęściem, które zresztą dopisywało Hamalainenowi, jakby los chciał dodatkowo ukarać rozczarowanych jego postępowaniem fanów Kolejorza. Kiedyś szczęście musi się od Legii odwrócić. Oby stało się to w kluczowym momencie obecnego sezonu. Piłkarze Lecha zdają sobie sprawę z własnych słabości i wiedzą, że nie wychodzą im starcia z głównymi przeciwnikami. Wie o tym także trener.

Zabrzmi to paradoksalnie, ale kiedy w niedzielne popołudnie stadion przy Bułgarskiej zapełniał się bardzo powoli i stawało się oczywiste, że tłumy tym razem na trybunach nie zasiądą, można było odetchnąć z ulgą. Obecny Lech to drużyna, której nie wychodzą mecze przy pełnych stadionach. Nawet u siebie, choć „Bułgarska” zawsze uchodziła za twierdzę Kolejorza. Sytuacja nie jest więc normalna. Wymaga jak najszybszej zmiany. Najlepiej od zaraz, od środy, bo przecież na Łazienkowskiej zasiądzie ok. 30 tysięcy osób. Chcąc coś osiągnąć, trzeba dobrze i skutecznie grać przy licznej, żywiołowo reagującej publiczności. Piłkarze Lecha zdają sobie z tego sprawę. Wie o tym także trener.

W niedzielę Lech rozegrał bardzo dobre spotkanie. Takie mniej więcej, jak na początku roku, gdy nie dawał rywalom żadnych szans. Akcje ofensywne były dynamiczne, obrona szczelna. Nikt nie zawiódł. Piłkarze, którzy od jakiegoś czasu szukali formy, tym razem grali jak za najlepszych czasów. Nawet Makuszewski dał z siebie więcej niż we wszystkich wiosennych meczach. Podobnie zagrał jesienią w Gdańsku, ale potem szybko stał się piłkarzem bezbarwnym, zawodzącym kibiców prawie co tydzień. Jeśli chce się osiągnąć coś wartościowego, trzeba mieć zawodników, którzy utrzymają dobrą dyspozycję we wszystkich decydujących spotkaniach. Piłkarze Lecha wiedzą, że ich wysoka forma jest teraz niezbędna. Wie o tym także trener.

Trzy spotkania wielkiej wagi rozegrane od niedzieli do niedzieli – to prawdziwe wyzwanie. Nie wolno sobie pozwolić na moment słabości, na zgubienie koncentracji, bo w ten sposób można zaprzepaścić wysiłek włożony w cały sezon (prawie cały, bo początek, czyli zatrzymanie w klubie poprzedniego trenera, był nieporozumieniem). Trudno się spodziewać, że Lech wygra wszystkie pozostałe mecze, bo to byłby wyczyn historyczny, niespotykany. Nasi zawodnicy z całą pewnością będą zapewniać, że do Warszawy jadą po zwycięstwo. I dobrze, takie nastawienie jest cenne, szczególnie gdy mocno się w nie wierzy. Nikt z kibiców nie będzie miał jednak do nich wielkiego żalu za remis, bo to nie zmniejszy szans na końcowy triumf. To przeciwnik musi z nami wygrać i zrobi wszystko, by to osiągnąć, ale w piłkę nożną gra się nie tylko nogami. Zwycięzcą może być ten, kto wymyśli i zrealizuje mądrą taktykę. Piłkarze Lecha są tego świadomi. Wie o tym także trener.