Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Krajobraz po porażce

włącz .

Chciałoby się powiedzieć – nic się nie stało, porażka w drodze po sukces zawsze może się przytrafić, a co nas nie zabije, to nas wzmocni. A jednak coś się stało. Prawdopodobnie ten ważniejszy mecz przeciwko Legii, o 3 punkty, przyjdzie rozegrać na Łazienkowskiej (wyjątkiem jest układ: Legia na pierwszym miejscu, Lech na czwartym). Dla drużyny grającej na wysokim poziomie nie ma znaczenia, czy występuje w roli gospodarza, ale uszczerbek będzie poważny: klub nie zarobi tyle, ile by mógł, a kibice stracą ciekawe widowisko. Poza tym fazę dodatkową trzeba zaczynać od odrabiania strat.

Kiedy gra się przeciwko dobrym piłkarzom, a w Legii, choć popełnia ona równie poważne błędy transferowe jak Lech, nie ma zawodników marnej jakości, to trzeba zachować czujność do ostatnich sekund. Zawsze coś się może wydarzyć. O ile strata pierwszej bramki nie obciąża indywidualnie żadnego gracza Lecha, a błąd w ustawieniu popełniła cała obrona, to przy golu ostatnim zawiniło co najmniej trzech Lechitów. Kostewycz miał małe szanse na wygranie pojedynku powietrznego z Hamalainenem, ale gdzie się podziewali obaj środkowi obrońcy? Dlaczego znany z tężyzny fizycznej Tetteh nie zatrzymał Hlouska?

Po serii wspaniałych wiosennych zwycięstw trener Nenad Bjelic uchodził za nieomylnego. Kilka razy wydawało się, że podejmuje dziwne decyzje personalne, ale za każdym razem broniły go dobre wyniki. Teraz nikt już nie powie, że w każdym przypadku postawił na właściwych piłkarzy. Żal było patrzyć na to, co robi Pawłowski, na jego stratę za stratą, na śrubowanie rekordów w liczbie niecelnych podań. Kownacki to talent czystej wody, powinien grać jak najczęściej, ale w niedzielę mu nie szło. Silni fizycznie obrońcy Legii na nic mu nie pozwalali. W takim meczu walki lepiej już spisałby się Nicki Bille, ale najwięcej drużynie dałby będący w wysokiej formie Robak. Wszedł w końcówce meczu i pokazał kilka akcji, na które Kownackiego nie było stać. Potrafił przyjąć piłkę na połowie rywala, zainicjować atak.

To prawda, że łatwo wygłaszać opinie na temat składu po meczu, gdy wszystko jest już jasne. Dziennikarze do tego właśnie służą, by dyskutować, stawiać trudne pytania, poddawać niektóre decyzje w wątpliwość. Jeden z nich podczas konferencji prasowej grzecznie zapytał trenera o przesłanki, jakimi się kierował wystawiając nie Robaka, a Kownackiego. Nenad Bjelica potraktował to jako zaczepkę. Zapomniał o dyplomacji. Choć twierdził, że jest zadowolony z gry drużyny i że niczego ona jeszcze nie przegrała, wciąż ma duże szanse na sukces, to trenerowi ewidentnie puściły nerwy. Mogło się wydawać, że używa słów niegrzecznych, ale trzeba wziąć poprawkę na kłopoty komunikacyjne. Choć trener szybko uczy się naszego języka, póki co może mieć kłopoty z dobieraniem właściwych określeń.

To prawda, że Kolejorz może jeszcze wygrać wszystko. Będzie trochę trudniej, ale nic nie zostało zaprzepaszczone. Skoro tak jest, to lepiej nie pokazywać, że traci się kontrolę jeżeli nie nad wydarzeniami, to przynajmniej nad kontaktami z mediami – tym bardziej, że nikt trenera nie krytykuje, nie zarzuca mu błędów. Rozmowa nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Po co tracić to, co się zdobyło przebojem przychodząc do klubu, nawiązując poprawne relacje, przeobrażając właściwie z marszu grę drużyny, odbudowując zaufanie kibiców do klubu. Porażka z Legią była pechowa. Lech nie był gorszy, przy większej koncentracji i determinacji gola zdobyłby wcześniej, a przy większej dojrzałości jednobramkowe zwycięstwo dowiózłby do końca. Kibice zdają sobie z tego sprawę. Lepiej więc tonować nastroje niż podgrzewać atmosferę.

Już w sobotę przekonamy się, jaki wpływ na postawę Lecha miała pierwsza wiosenna porażka. Nigdy jeszcze nie wygrał w Płocku. Teraz nie ma innego wyjścia. Niżej niż na czwarte miejsce nie spadnie przed fazą dodatkową, ale nie może powiększać strat do czołówki. Jako czwarta drużyna pierwszy mecz po podziale punktów zagrałby u siebie z drużyną siódmą. Możliwości są różne. Kto wie, czy to znów nie będzie ekipa z Płocka. A potem powalczy o trofeum – pojedzie na finał Pucharu Polski. Po nim zostanie mu jeszcze sześć meczów ligowych. Gdyby konsekwentnie przyjąć, że będzie na czwartym miejscu, ostatnie spotkanie rozegra na wyjeździe z ekipą drugą. Trzeba będzie jechać do Białegostoku, może do Warszawy lub Gdańska. W tym sezonie ponosił tam same porażki.

Józef Djaczenko