Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Przerwa w wygrywaniu. Jak długo potrwa?

włącz .

Klasę trenera poznaje się nie w trakcie pasma zwycięskich spotkań, ale podczas kryzysu, który w każdej chwili może wygrywającą drużynę doświadczyć. Od początku lutego zachwycaliśmy się siłą Lecha, nowoczesną, ofensywną, agresywną grą, świetnym przygotowaniem fizycznym. Nie było wątpliwości – to nie może trwać w nieskończoność, tąpnięcie musi nastąpić. Teraz zastanawiamy się, czy postawa drużyny w meczu przeciwko Górnikowi Łęczna to zadyszka, nad którą trener łatwo zapanuje, czy też symptom czegoś poważniejszego.

Kto przewidywał stratę punktów w spotkaniu uświetniającym jubileusz klubu, traktowany był jak szaleniec. Kiedy jak kiedy, ale tego dnia, w obecności tak licznej widowni, Lech po prostu musi wygrać. Piłkarze zmobilizują się do największego wysiłku, wyzwolą pokłady ambicji, a możliwości mają ogromne. Okazało się, że w futbolu nic nie jest oczywiste. Zawodnicy Lecha na pierwszą połowę wyszli z takim nastawieniem, jakby już prowadzili kilkoma bramkami. Trener obserwował ich niemrawą grę z zadziwiającym spokojem, jakby wszystko przewidział, wydarzenia miał pod kontrolą.

Tymczasem spod kontroli wymknęło mu się wszystko. Owszem, Górnik Łęczna zagrał dobrze, to drużyna zorganizowana w ofensywie i twarda w obronie, mająca w składzie starych ligowych wyjadaczy. Ekipa Smudy nikogo jednak nie zaskoczyła, grała schematycznie i przewidywalnie, Lech zawsze sobie radził z rywalami stawiającymi na futbol otwarty. Nie było kompaktowego, zwartego ustawienia, bo to nie w stylu Franza. Odległość między formacjami zawsze była duża. Część drużyny z Łęcznej atakowała, ale obrońcy nie zapędzali się do przodu. W tej sytuacji aż się prosiło o prostopadłe podania – takie jak to, po którym Kownacki miał w drugiej połowie idealną sytuację, lecz zwlekał ze strzałem, a potem został sfaulowany w polu karnym, czego słaby, nie nadążający za akcją sędzia nie dostrzegł.

Do tej pory chwaliliśmy Nenada Bjelicę za dobrze dobrany skład, trafne zmiany, za wpuszczanie na boisko piłkarzy, którzy wnosili nową jakość. Tym razem można mieć zastrzeżenia. Pawłowski nie radził sobie w tym meczu, to nie był jego dzień. Także Jevtić zagrał najgorzej w tym roku. Robaka należało wprowadzić na boisko dużo wcześniej. Wydaje się też, że na więcej zasługuje Radut, bo ledwo wszedł do gry, mógł zmienić wynik meczu. Inna sprawa, że wszyscy piłkarze Lecha, bez wyjątku, grali mało dynamicznie. Nieśmiałe próby pressingu nie mogły się powieść, nie było przyspieszeń, szybkich ataków. Trochę więcej działo się pod koniec meczu, ale to i tak nie był huraganowy atak, zepchnięcie rywala do desperackiej obrony.

Po przerwach na mecze reprezentacji piłkarze Lecha w ostatnich latach niemal zawsze grali gorzej. Teraz może być odwrotnie, o ile symptomy przemęczenia, które można było dostrzec, ustąpią. Tylko trzech młodych zawodników z podstawowego składu opuściło Poznań: Kownacki, Bednarek, Kędziora. Jeżeli nawet wrócą zmęczeni, to łatwo będzie ich zastąpić. Pozostali piłkarze Lecha otrzymali kilka dni wolnego, potem zacznie się odbudowywanie ich formy z początku roku. Już w sobotę sprawdzimy, czy sprawy idą w dobrym kierunku. Drużyna zagra sparing. Na podstawie gier kontrolnych trudno wyciągać wnioski, ale w postawie Lecha w środowym spotkaniu przeciwko rezerwom i w meczu niedzielnym widać podobieństwa. Trener stanął przed najtrudniejszą próbą, od kiedy się tu znalazł. Mecz w Krakowie, a przede wszystkim starcie z Legią pokaże, jaka jest prawdziwa siła drużyny, na co ją stać w tym sezonie.

Józef Djaczenko