Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Mamy drużynę. Nie tylko piłkarzy

włącz .

Lasse Nielsen, obrońca Lecha twierdzi, że woli wygrać mecz 1:0 niż 4:1. Jak z tego wynika, stratę choćby jednej bramki traktuje jako coś porównywalnego do porażki. W tym roku nie było mu dane przeżywać czegoś tak okropnie upokarzającego. Lech kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa, wszystkie do zera. To zjawisko nienormalne, wręcz nienaturalne. Czegoś takiego jeszcze w tym klubie nie było, choć grało tu wielu klasowych obrońców i wyśmienitych bramkarzy.

Jeszcze jesienią kibice kategorycznie żądali sprowadzenia do klubu napastnika, kogoś lepszego niż starzejący się i schorowany Marcin Robak, czy jak zawodzący, trwoniący nieprzeciętny talent Dawid Kownacki. Drużyna nie może przecież grać bez kogoś, kto potrafi zdobywać gole. Zazdrościliśmy Legii Nikolicia, strzelającego jak karabin maszynowy, a naszą frustrację powiększał fakt, że skauci Lecha obserwowali i rekomendowali tego zawodnika, ale został wzgardzony, bo komuś się wydawało, że się zna na futbolu i na oszczędzaniu pieniędzy. Dziś już Nikolicia w polskiej lidze nie ma, a w Lechu strzelają jak na zawołanie ludzie spisani, wydawałoby się, na straty.

Identycznie przedstawia się sprawa z obrońcami. Z Lecha odszedł Paulus Arajuuri, czołowy defensor ligi. Zastępuje go Lasse Nielsen. I to jak! Piłkarz, który na boisku pokazywał się tylko od czasu do czasu, nie miał prawa zostać tu kimś ważniejszym niż zmiennik lepszych od siebie piłkarzy. Wyrósł jednak na czołową postać drużyny, a stało się to niepostrzeżenie, niemal naturalnie, jakby ktoś to dawno temu zaplanował i na pewniaka wprowadził w życie. Potwierdziło się, że na piłce nożnej trzeba się znać, że to dziedzina nie dla każdego. Przeprowadzać treningi, wyznaczać piłkarzy do gry, dokonywać zmian w trakcie meczów potrafi każdy. Stworzenie drużyny grającej tak, jak ostatnio Lech, to wyższa szkoła jazdy.

Obecny trener dokonał tego, co nie udało się żadnemu z jego poprzedników, nawet tych nielicznych potrafiących wywalczyć jakieś trofeum. Zbudował zespół. Dowiódł, że zaryglowanie dostępu do własnej bramki jest możliwe także wtedy, gdy nie sprowadza się do klubu obrońców o uznanej marce, wartych niesamowite pieniądze. Kiedy zespół gra nowocześnie, a z zadań defensywnych nie jest zwolniony nikt, niezależnie od strefy boiska, gra na zero z tyłu nie jest wyczynem z kosmosu, lecz całkiem realnym założeniem taktycznym. To samo można powiedzieć o ofensywie. Tu jednak potrzebna jest szybkość w przechodzeniu do ataku, a to Lechowi wychodzi coraz sprawniej, mimo iż rezerwy są jeszcze niemałe, co widzimy w każdym meczu.

Kto nie wierzy w duży wpływ trenera na sposób gry drużyny, niech obejrzy wyczyny Atletico Madryt. Diego Simeone miał pomysł, znalazł wykonawców i powstała ekipa, którą pokonać jest niezwykle trudno. W Poznaniu też mamy teraz taki zespół, oczywiście zachowując proporcje. Tu jednak dokonało się to trochę inaczej. Trener otrzymał drużynę w spadku po poprzednikach, niewiele mógł zmienić w składzie, więc zrobił to, co w tej sytuacji mógł: sprawił, że piłkarze grają tak, jak on chce. Nie wiemy, czy ich do tego zmuszał, czy przekonywał łagodnie. Ważne, że trafił do podopiecznych, a oni są świadomi, jak wiele mu zawdzięczają. Właściwie każdy z nich zrobił wielki postęp, a w przypadku kilku osób można wręcz mówić o uratowanej karierze.

Jest dobrze, drużyna wygrywa, choć nie zawsze tak będzie się działo, kibice muszą być przygotowani także na rozczarowania. Byle tylko ewentualne niepowodzenia przełożyły się na postęp w postawie drużyny. Słabością Lecha jesiennego było przegrywanie meczów z drużynami najlepszymi. Przez zimę wiele się zmieniło, mamy więc prawo liczyć, że Lech pokaże wyższość także nad ligowymi potentatami. Najbliższa okazja już w niedzielę. Kiedy mamy do czynienia ze sportem, a zwłaszcza futbolem, trzeba wierzyć sukces, ale przedwczesne go ogłaszanie może okazać się bolesne. Lepiej cieszyć się po ostatnim gwizdku niż z wyprzedzeniem.

Józef Djaczenko