Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lokomotywa pędzi po trofea

włącz .

Mam z Lechem problem. Próbuję porównać obecną drużynę z najlepszymi, jakie oglądałem w przeszłości. Zdarzało się, że Lech grał porywająco, gromił rywali, w cuglach zdobywał tytuły, a w jego składzie błyszczały gwiazdy polskiej piłki. Nigdy jednak nie grał tak regularnie, z taką pewnością, nie stosował taktyki odbierającej rywalom chęć do walki, paraliżującej jej ruchy, tłumiącej zagrożenia już w zarodku. Dzisiejszy Lech gra pięknie, ale i nowocześnie. Nie może spuścić z tonu. Nie zrobi nam tego.

Po piątkowym meczu z Pogonią jej trener miał żal, że wynik jest dla niego gorszy niż gra. Skarżył się, że nie udało się zdyskontować przewagi, jaką gospodarze osiągnęli w drugiej połowie. Po meczu poznańskim narzekał już nie na zły los, a na swoją drużynę, która zagrała słabiej. Także w tym przypadku dobrze w Poznaniu pamiętany Kazek Moskal poszedł na skróty. Jego podopieczni mieli w głowie ligową porażkę sprzed kilku dni i swoją bezradność, ale w Pucharze Polski zagrali na miarę własnych możliwości. Nie ich wina, że tak bardzo odstają od Lecha. Znów dali się upokorzyć, ale nie wyjechali z Poznania z bagażem wielu bramek. Być może dlatego, że Lech zaprogramował się na wynik 3:0.

Można było odnieść wrażenie, że gdyby Kolejorzowi bardzo zależało na kolejnych golach, to z pewnością by one padły. Kiedy tylko przyspieszał, włożył więcej energii w szybkie rozegranie piłki, panował na boisku niepodzielnie. Zdaje egzamin taktyka, którą stosuje w tym roku, a polega ona na zniechęcaniu przeciwnika do przyjmowania piłki, bo kiedy gracz Pogoni sposobił się do jej rozegrania, miał na karku co najmniej jednego zawodnika Lecha. Nie polegało to na pospolitym pressingu, czyli uganianiu się za przeciwnikiem będącym przy piłce, bo na to stać każdego, ale na krótką metę. Nie jest możliwe takie bieganie przez 90 minut.

Lech to robił mądrzej, przez umiejętne ustawianie się, zagęszczanie odpowiednich fragmentów boiska, poruszanie się tam, gdzie przeciwnik będzie rozgrywał akcje. Formacje grały blisko siebie, tworzyły się strefy, gdzie nie było żadnych piłkarzy, przez to rozpędzający się piłkarze walczyli nie z przeciwnikiem, a z pustą przestrzenią. Nawet gdy Pogoń zdążyła wrócić pod własną bramkę, była bezradna wobec szybkich podań. Lech nie przetrzymuje piłki w ataku, lecz rozgrywa ją na dużej szybkości. Nie zawsze dokładnie, zdarzają się wynikające z pośpiechu straty, jest więc nad czym pracować.

Po pierwszych minutach wydawało się, że przyzwyczajony do zabawy z piłką, powoli rozpędzający się, nadużywający dryblingów Szymon Pawłowski nie przez przypadek jest ostatnio tylko rezerwowym. Potem jednak przyjął piłkę po mierzonym podaniu Jevticia i dowiódł, że jego firmowe zagranie, czyli seria zwodów i precyzyjny strzał to ciągle groźna broń. Podobnie zachował się kilka minut po przerwie, ale wtedy nie strzelał, lecz obsłużył Dawida Kownackiego. Serce rośnie, gdy obserwuje się, jak ten napastnik nabiera pewności siebie, spokoju, wręcz rutyny, co w przypadku (prawie) 20-latka brzmi – wydawałoby się – niedorzecznie. Chciałoby się, by rozwijał się tak w dalszym ciągu i dobrze wypadł na czerwcowych Mistrzostwach Europy. Jesienią będzie grał w lepszej lidze, a klub, który zechce go u siebie mieć, zapłaci więcej niż swego czasu Borussia za Lewandowskiego. Marka polskich piłkarzy rośnie, a „Kownaś” to potwierdzi.

Kiedy Lech w drugiej połowie osiągnął dużą przewagę i raz po raz ośmieszał Pogoń szybkością i pomysłowością, widzieliśmy coś, co nie mieściło się w głowie. Łukasz Trałka, klasyczny defensywny pomocnik, specjalizujący się w przerywaniu akcji przeciwników, wpadał w pole karne niczym rasowy napastnik, mijał obrońców zwodami, rozgrywał piłkę. Już tylko to świadczy o zmianach, jakie nastąpiły w tej drużynie, o luzie, jaki złapali piłkarze, o ich pewności siebie. Pół roku temu stwierdzenia Bjelicy, że nie potrzebuje nowych piłkarzy, bo jest zadowolony z tych, których ma, uznawaliśmy za niedorzeczne. Teraz wiemy, że nie rzucał słów na wiatr. Kiedy w środę powiedział, że Lech poradziłby sobie w Lidze Mistrzów, nikt tego nie przyjął z niedowierzaniem. Raczej z nadziejami i optymizmem.

Jeszcze wiele meczów trzeba rozegrać, by rosnąca siła drużyny przełożyła się na sukcesy klubu. Wszystko może się zdarzyć, w futbolu łatwo popaść ze skrajności w skrajność. Na rozpalone głowy kibiców Lecha w ostatnich latach spadło mnóstwo lodowatej wody, więc ciągle niedowierzają, zachowują ostrożność, podświadomie boją się przykrego przebudzenia. Nie ma drużyny, która wygrywałaby wszystko, jak leci, w sport wpisane są porażki, ale póki co nasza lokomotywa pędzi coraz szybciej, a co najważniejsze – znajduje się na właściwym torze i kieruje nią maszynista, do którego można mieć zaufanie.

Józef Djaczenko