Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Brawa dla Lecha, ale do mistrzostwa daleko

włącz .

Sześć punktów w dwóch meczach, sześć strzelonych bramek, zero straconych. Trudno było sobie wyobrazić lepszy początek roku. Czego chcieć więcej? To przeciwnicy muszą się teraz bać Lecha, a nie odwrotnie. A jednak wcale nie jest aż tak różowo, by już dziś kreować go na mistrza, wpaść w euforię. Nie trzeba być znawcą, by w grze Kolejorza znaleźć niedostatki. Chcąc rzeczywiście święcić triumfy, trzeba sobie z nimi poradzić, i to jak najszybciej.

Mecz w Gliwicach potwierdził to, o czym wiemy od dawna. W piłkarzach Lecha drzemią wielkie możliwości. Są dużo lepsi niż zawodnicy z przeciętnych ligowych klubów. Jeśli tylko wyjdzie im kilka akcji i będą mieli okazję zademonstrować umiejętności, nie oprze im się żaden przeciwnik. Właśnie dlatego odnieśli wysokie wyjazdowe zwycięstwa – w Lubinie, Chorzowie, czy teraz nad Piastem. Co więcej, za każdym razem można było strzelić kolejne bramki, a przeciwnik nie miałby prawa mówić o niesprawiedliwości.

Ze spotkania w Gliwicach płyną też inne wnioski. Owszem, Lech strzelił trzy gole, ale i tak wykazał się dużą nieskutecznością. Dawid Kownacki mógł opuścić boisko z hat trickiem. Jego koledzy też powinni kilkakrotnie skierować piłkę do bramki. Trener Nenad Bjelica z prawie wszystkich piłkarzy potrafił wydobyć to, co najlepsze. Grają teraz lepiej niż pół roku temu. Wciąż jednak zdarza im się podejmować złe decyzje, zgubić koncentrację, odpuścić w nieoczekiwanym momencie. Całe szczęście, że ma filary, dzięki którym zawsze może wrócić do dobrej gry, przełamać opór przeciwnika. Solidna, wyrachowana, momentami błyskotliwa gra Gajosa i Trałki zapewnia Lechowi panowanie w najważniejszej strefie boiska.

Dwaj piłkarze słyną z oddawania wielu strzałów. Dobrze, że mają okazję próbować szczęścia, dać zatrudnienie bramkarzowi przeciwnika, ale źle, że tak rzadko trafiają do siatki. Radosław Majewski jest chyba najczęściej strzelających zawodnikiem ekstraklasy. Aż nie chce się wierzyć, że do tej pory zdobył tylko trzy gole, z czego dwa w Gliwicach. Wydaje się, że zbyt rzadko wykorzystuje swój najcenniejszy atut – dokładne, otwierające kolegom drogę do bramki podanie. To samo można powiedzieć o Makuszewskim. Stać go na efektowne rajdy, przyspieszenia, zostawienie za plecami obrońców. Szkoda, że drużyna nie ma z tego korzyści, bo zamiast obsłużyć dobrze ustawionych kolegów, postępuje egoistycznie. Ktoś mu powinien zwrócić uwagę, że trochę brakuje mu do Robbena. Niech myśli o drużynie, wtedy bardziej zostanie doceniony.

Kiedy obserwuje się grę Kostewycza, nie można martwić się stratą Kadara. Wprost przeciwnie. Na tej zamianie Lech dużo zyskał, nie tylko finansowo. Aż nie chce się wierzyć, że ludzie z Dynama Kijów sięgają po węgierskiego internacjonała, gdy pod bokiem, w dołujących Karpatach Lwów, mają gracza o takich umiejętnościach i takim potencjale. Jeżeli Kostewycz trafi kiedyś do Dynama, to pośrednio. Najpierw wypromuje się w Lechu, zostanie gwiazdą ekstraklasy, potem pokaże się w dużo lepszej lidze.

Przed wznowieniem ligowych rozgrywek wydawało się, że zdecydowanie najsłabszą formacją Lecha jest obrona. Odszedł przecież jej filar Arajuuri, choruje Bednarek, a ludzie odpowiedzialni za transfery dopiero teraz rozglądają się za nowym piłkarzem. Całe szczęście, że Maciej Wilusz gra dużo lepiej i pewniej niż jesienią. Zdarzają mu się błędy, w sumie jednak nie zawodzi. Lasse Nielsen gra momentami zbyt ryzykownie, lecz póki co opłaca się to. Nie zmienia to faktu, że defensywa nie jest stuprocentowo pewna. W sytuacji, gdy Lech ma walczyć o najwyższe cele, przyjście klasowego gracza jest niezbędne.

Skoro mowa o defensywie, trzeba wspomnieć też o Buriciu. To fajna sprawa, że występem w Gliwicach mógł uczcić 30. urodziny. Nie zawiódł, ratował Lecha kilka razy, bo osłabiony Piast potrafił napędzić mu strachu. Gołym okiem widać jednak, czego mu brakuje, nad czym powinien pracować, być może aż do ostatnich dni jego kariery. Nie potrafi wyprowadzać piłki spod własnej bramki. Wykopuje ją, by za chwilę znów mieć przeciwnika we własnym polu karnym. Na palcach jednej ręki można policzyć celne podania do kolegów. Nie brakuje za to bezładnego wybijania w miejsca, gdzie ich nie ma, albo na aut. Takim postępowaniem napędza ataki rywala.

Przez ostatnie tygodnie Lech trenował na najprawdziwszej sztucznej trawie. Piłkarze tego nie lubią. Na szczęście zima odpuściła, teraz można pracować na naturalnym boisku. Łatwiej będzie wyeliminować niedostatki w grze. Przydałoby się bardziej płynne przechodzenie do ofensywy. Zdarza się, że przeciwnik mocno zaatakuje, a Lech nie potrafi wyprowadzić kontry, bo brakuje mu dokładności, czasami dobrej decyzji. Jeżeli uda się te elementy, a także kilka innych dopracować, będzie jeszcze lepiej. Najważniejsze, to zdać sobie sprawę, ile trzeba jeszcze poprawić, by być absolutnym pewniakiem do zwycięstwa w każdym meczu. Mistrzostwo jest realne, ale i bardzo dalekie.

Józef Djaczenko