Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Jeżeli nie teraz, to kiedy?

włącz .

Który to już raz tysiące fanów Lecha wiążą ogromne nadzieje z rozpoczynającymi się rozgrywkami. Nikt nie wyobraża sobie, że nie będzie zwycięstw, sukcesów, czyli marszu w górę tabeli, skutecznej walki o najwyższe cele. Drużyna jest przecież dobrze przygotowana, co widzieliśmy w ostatnim sparingu, gdy przeciwnik był wprawdzie mierny, ale akcje, zagrania, bramki – przepiękne. Zmarnowanie takiego entuzjazmu byłoby grzechem niewybaczalnym.

Tyle, że przy Bułgarskiej grzech taki popełniany jest notorycznie, od lat i ciągle nie widać mocnego postanowienia poprawy. Nie widać tego, co legło u podstaw ostatniego sukcesu naszych odwiecznych przyjaciół ze stolicy: nastawienia się na dobry wynik, podporządkowania całej działalności sile drużyny, postawienia na jedną kartę. Potencjał ekonomiczny jest tam duży, ale i u nas nie można narzekać, a poza tym mamy coś, o czym inni mogą sobie marzyć jeszcze długo: ogromny potencjał kibicowski. Nigdzie emocje nie są tak rozbudzone, nigdzie cały region tak bardzo nie utożsamia się z jednym klubem.

Ostrożność w biznesie – rzecz bezcenna. Biznes piłkarski jest jednak inny niż każdy inny. Tu nie wystarczy spokojnie zarządzać, bilansować słupki, troszczyć się głównie o to, by nie stracić. Odrobina szaleństwa może być zabójcza wszędzie, ale nie w futbolu. Tylko tu potrafi się ona przełożyć na emocje, te zaś napędzają koniunkturę, czyli określając to brutalnie – pozwalają zarabiać pieniądze. Działanie odwrotne, czyli wygaszanie emocji, zniechęcanie do entuzjazmu powoduje to, co widzimy przy Bułgarskiej w ostatnich sezonach: zmniejszanie się liczby widzów i zjawisko, które najdelikatniej można określić jako brak utożsamiania się kibiców z polityką zarządu klubu.

Kibice muszą widzieć, że interes jest wspólny, że wszystkim ludziom związanym w jakikolwiek sposób z Lechem zależy przede wszystkim na zwycięstwach, że siła drużyny i klasa składających się na nią piłkarzy to wartość nadrzędna. Nie pojmują, że zespół przez całą rundę musi się obywać bez wartościowego napastnika (a to się przecież zdarzało), bo pozyskanie go ktoś uznał za zbyt kłopotliwe albo generujące nadmierne koszty. Rozumieją wtedy, jakie są podstawowe cele zarządu klubu i jak bardzo są one odległe od ich oczekiwań. Śledzą wydarzenia w innych klubach, innych ligach i nigdzie nie dostrzegają podobnego podejścia. Narasta w nich niechęć do własnego klubu, a to już może być groźne, bo przecież nikomu na Lechu nie zależy tak bardzo, jak właśnie im.

Na piłce znają się wszyscy, nawet jeżeli spojrzenia na nią są różne. To prawda powszechnie znana. Jeżeli jednak fani Kolejorza są przekonani, że ludzie podejmujący w klubie kluczowe decyzje znają się na wszystkim oprócz futbolu, to mamy do czynienia z patologią. Lech jest chyba jedynym klubem, którego najwierniejsi kibice proponują władzom zaangażowanie dyrektora sportowego, czy innych zawodowców. Nie ma co się o to obrażać. Życzą klubowi jak najlepiej. Chcą, by bieżące decyzje podejmowali ludzie kompetentni, a prowadzona polityka nie odnosiła się do odległej przyszłości, lecz do najbliższej rundy. Przecież dobre wyniki mają być teraz, dziś, a nie kiedyś tam, gdy rywale odjadą nam jeszcze dalej.

Wydaje się, że po latach prób i błędów, po wyrzucaniu trenerów w trakcie rozgrywek, co stało się znakiem firmowym Kolejorza, nareszcie zespół znalazł się w dobrych rękach. Nikt nie ma patentu na wygrywanie, niejeden fachowiec połamał sobie zęby zmagając się z nieoczekiwanymi trudnościami. Jeżeli jednak ktokolwiek może poprowadzić Lecha do sukcesów, to Nenad Bjelica. Zna się na rzeczy, czuje się tu na swoim miejscu, trafia podopiecznym do świadomości. Wiedzą, że mogą mu zaufać. Gdyby jemu się nie powiodło, to już chyba nie uda się nikomu. Musimy być optymistami, bo i co nam pozostało?

Józef Djaczenko