Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lech wpada w przeciętność

włącz .

Trener jest wściekły na sędziego, który wypaczył wynik meczu. Kibice narzekają na słabość piłkarzy, złe zestawienie drużyny. Wszyscy niepokoją się o losy Lecha, który może stracić kolejny sezon. To prawda, że w Warszawie miał pecha, ale szczęściu trzeba pomagać. Pojechał po trzy punkty, miał wykorzystać zmęczenie przeciwnika wyprawą do Madrytu, a nie potrafił nawet zremisować. Sędzia nieudacznik rozgrzesza go tylko w części. Statystyki dokumentują niską jakość gry.

Legia miała za sobą trudny wyjazd do Madrytu, ale jej trener nie narzeka na krótką ławkę rezerwowych. Lechia Gdańsk, zadziwiająca ładną i skuteczną grą, w Warszawie nie zaistniała, została zdemolowała. Było więc czego się obawiać. Taktyka, jaką zastosował trener Lecha, wydawała się słuszna: wzmocnić środek boiska, odbierać piłkę, inicjować szybkie ataki. Trudno jednak atakować, gdy gra się bez napastnika. Marcin Robak, na którym opiera się ofensywa Kolejorza, często zawodzi, bo to gracz w sile wieku, ale lepszy taki napastnik niż żaden. Poza tym nie można stworzyć okazji bramkowych, gdy nie próbuje się podawać, lecz kopie w kierunku bramki, a kiedy już się podaje, to do przeciwnika albo w aut.

Obie drużyny wykonały taką samą mniej więcej liczbę podań: Legia 467, a Lech 417. Gospodarze utrzymali jednak celność zagrań na znośnym poziomie – 81 procent. W przypadku Lecha liczba ta wyniosła 76. Jak z tego wynika, co czwarte podanie nie trafiało do kolegi z drużyny. Nic dziwnego, że Lech rzadko tworzył zagrożenie, że pod bramką Legii był bezradny, że trudno mu było zaskoczyć przeciwnika szybką akcją. W tak ważnym meczu nie wolno sobie pozwolić na taką słabość. Po co tracić siły na szarpaninę z przeciwnikiem, odbierać mu piłkę, skoro i tak za chwilę zostanie ona głupio stracona.

Lech miał atakować skrzydłami, trener od dawna twierdzi, że to lepszy sposób niż pchanie się środkiem boiska. Warunek jednak jest taki, że trzeba mieć dobrych skrzydłowych. Pawłowski od jakiegoś czasu gra beznadziejnie. Przy Łazienkowskiej brak formy boleśnie potwierdził. Z Formelli, czy z Jóźwiaka korzyść byłaby dużo większa. Makuszewski grał trochę lepiej, ale i on nie pomagał drużynie. Gdy tylko znalazł się z piłką blisko bramki przeciwnika, nie szukał rozegrania, nie interesowali go koledzy. Miał tylko jeden cel – uderzyć na bramkę. Na to może pozwolić sobie ktoś, kto ma szansę zaskoczyć bramkarza. Makuszewski jest w tym słaby, w bramkę nie wcelował ani razu. Trener obserwuje te prymitywne wyczyny, ale nie reaguje.

No właśnie, trener. Wydawało się, że odmieni grę Lecha, że dzięki niemu najgorsze czasy drużyna ma już za sobą. W kilku meczach gra była obiecująca. Ostatnio wszystko wraca do przykrej dla kibiców normy. Zwycięstwa przychodzą rzadko i z dużym trudem. Trzy mecze zostały przegrane. Nie widać progresu w grze, widać błędy, takie jak rezygnację z napastnika w najważniejszym meczu jesieni. Na domiar złego trener, który musi dostrzegać braki swej drużyny, głośno mówi, że nie potrzebuje lepszych piłkarzy. Takie słowa to miód na uszy zarządu klubu, ale nie ma w nich krzty prawdy. Wszak wszyscy poprzednicy Bjelicy powtarzali, że nie ma trenera marzącego o mocniejszym składzie. Szczególnie dotyczy to Lecha. Brakuje mu piłkarzy strzelających bramki, czyli zapewniających zwycięstwa. W 13 meczach zdobył „aż” 13 bramek. To powód do wstydu, ale i do refleksji.

Lechowy dział skautingu niedawno zasilił Andrzej Juskowiak. Ma opiniować kandydatów do gry w Poznaniu. Skoro klub na to się zdecydował, to można się spodziewać ruchów transferowych. Oby tylko tym razem nie były to ruchy pozorowane. Latem klub nie zamierzał wydawać pieniędzy. Wypożyczał zawodników (Makuszewski), brał graczy bez kontraktu z innym klubem (Majewski, Putnocky), sięgał po anonimowych zawodników z przeciętnej ligi (Nielsen). W taki sposób drużyny się nie wzmocni. Trzeba mieć pojęcie o futbolu, by znaleźć zawodnika taniego i jednocześnie klasowego.

Ten klub dokonywał już dobrych ruchów transferowych. Zdarzyło mu się zbudować w krótkim czasie super drużynę pozyskując Peszkę, Arboledę, Lewandowskiego, Stilicia. Ludzi, którym Lech to zawdzięcza, od dawna w Poznaniu nie ma. Są za to inni. Transferowe rodzynki zdarzają im się od czasu do czasu (na przykład pozyskanie Tetteha), ale coraz rzadziej, a to, co dzieje się z atakiem Lecha, zasługiwałoby na czerwoną kartkę dla dyrektora sportowego, gdyby tylko było komu ją pokazać. W klubie o mistrzowskich aspiracjach nie ma osoby odpowiedzialnej (realnie odpowiedzialnej) za wyniki sportowe. Jest za to komitet transferowy.

Józef Djaczenko