Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Wytęskniona normalność

włącz .

Tego nie było od lat: Lech przegrał ważny mecz, a na piłkarzy i trenera nie sypią się gromy. Wprost przeciwnie, mówi się o dzielnej postawie drużyny, o zdominowaniu groźnego na własnym boisku przeciwnika, o pechowej, niezasłużonej porażce, a także o nadziejach na przyszłość i o tym, że taka gra szybko przyniesie dobre wyniki. To pokazuje, w jak patologicznej rzeczywistości tkwił dotychczas Lech. Zachwycamy się normalnością – tym, że piłkarze walczą, a trener dobrał właściwą taktykę.

Można spekulować, czy Lechowi łatwiej byłoby wygrać w Gdańsku, gdyby trener wpuścił na boisko tylko jednego defensywnego pomocnika, a zamiast drugiego dał szansę piłkarzowi kreatywnemu, na przykład Jevticiowi. Tego nigdy się nie dowiemy. Z pewnością byłoby łatwiej w ataku, ale nie tylko Lechowi, także Lechia miałaby ułatwione zadanie, a ofensywa to jej główny atut. Dobrym krokiem okazało się postawienie na Makuszewskiego, piłkarza Lechii. Zależało mu, by dobrze się pokazać, bo być może wróci z wypożyczenia do Gdańska. Tak bardzo się starał, że pod koniec opadł z sił. Ciekawe, czy w następnych spotkaniach będzie równie zmotywowany.

Zawiodła nietypowo zestawiona obrona. To nie wina trenera. Nie miał wyjścia, przed faktem dokonanym postawiły go kartki Bednarka i uraz Arajuuriego. Dobrze, że nie posłał do środka Kadara. Węgier powinien odpocząć do futbolu, zastanowić się nad sobą, odzyskać równowagę psychiczną. Liczył na grę w lepszej lidze, za dużo większe pieniądze. Nie udało się, co przeżywa do dziś. Odpuszczał krycie już w meczu z Pogonią. Powtórzył to w Gdańsku, zawalił pierwszą bramkę. Gdyby Lech dotrwał z prowadzeniem do przerwy, dużo łatwiej byłoby wygrać.

Osobny rozdział to Maciej Wilusz. Nie jest złym obrońcą, dałby sobie radę w większości klubów ekstraklasy. W Lechu już nigdy nie poczuje się pewnie. Grał poprawnie, nie robił większych błędów, choć nerwowość skłaniała go do wybijania piłek na oślep, do kopania w górę zamiast do przodu. Gdy wydawało się, że wreszcie zaliczy niezły mecz, wróciło fatum. Co prawda do straty bramki przyczynił się też Kędziora, od którego najpierw odbiła się piłka, ale to urodzony pechowiec Wilusz zadał Lechowi decydujący cios. W futbolu bez szczęścia niczego się nie ugra. Obrońca Lecha, choć na to nie zasłużył, jest w jakiś niewytłumaczalny sposób naznaczony. Choćbyśmy zawsze i wszędzie podchodzili do życia racjonalnie, tej sytuacji bez sięgania do metafizyki nie wytłumaczymy.

Po meczu w Gdańsku nie powiemy, że Lech jest słabo przygotowany fizycznie. W drugiej połowie Lechia stanęła w miejscu, a Lech się rozpędzał, nakręcał, łatwo przechwytywał piłki, wyprowadzał jeden atak za drugim, dosłownie tłamsił przeciwnika. Doktor Martin Mayer to z pewnością dobry fachowiec, ale nikt w kilka tygodni nie zamieni ludzi zmęczonych, wręcz zblazowanych w tryskających mocą, energią i świeżością wyczynowców. Tu chodzi o coś innego. Męczarnie piłkarzy Lecha prawdopodobnie miały źródło nie w mięśniach i płucach ale w głowach. Już w środę zagrają w Chorzowie ważny z perspektywy całego sezonu pucharowy mecz. Możemy być pewni, że jeżeli czegoś im zabraknie, to z pewnością nie zdrowia.

Zmiana trenera Lechowi posłużyła. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby zarząd klubu w charakterystyczny dla siebie sposób trzymał się Jana Urbana, przedłużał z nim umowę w nieskończoność. Przez taką politykę Lech poniósł w poprzednich sezonach straty, których nigdy już sobie nie powetuje. To już przepadło, dziadostwo i bylejakość wstrzymały rozwój klubu. Nenad Bjelica, jeśli wierzyć nieoficjalnym informacjom, to najlepiej zarabiający w historii trener Lecha. Za jakość się płaci. Pora na następne kroki, które wydają się drogie, ale pozwolą w przyszłości zarobić, a przede wszystkim nie stracić: na klasowych piłkarzy, a zwłaszcza na fachowców, którzy potrafią właściwie ocenić kandydatów do gry w Lechu.

Józef Djaczenko