Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

To dopiero pierwsze zwycięstwo. Drużyna wciąż potrzebuje pomocy

włącz .

Pierwszy raz od miesięcy można było opuszczać Bułgarską bez poczucia krzywdy, jaką KKS Lech Poznań SA wyrządza tym wszystkim, którzy żyją wynikami drużyny. Wreszcie udało się jakiś mecz wygrać, co jednak wcale nie znaczy, że teraz już będzie dobrze, więc można zapomnieć o wszystkich upokorzeniach. Drużynie zbyt wiele brakuje, by można było być spokojnym o jej przyszłość, a zwycięstwo, choć doraźnie poprawia sytuację Lecha, paradoksalnie może mu zaszkodzi – gdy władze klubu orzekną, że potęga się odradza, więc można dalej tkwić w bezruchu.

Trenerowi Janowi Urbanowi, bez względu na to, czy jest na wylocie, pomógł los. Wydarzenia, na które nie miał wpływu zwolniły go z obowiązku podejmowania decyzji. Po awansie w Pucharze Polski nie wypadało mu wrócić do poprzedniego ustawienia, do wystawiania dwóch tak samo grających napastników, do posyłania środkowych pomocników na skrzydła. Do tego czerwona kartka dla Tetteha wymusiła rezygnację z gry dwoma defensywnymi pomocnikami. Janek Bednarek rozegrał niezły mecz w Bielsku-Białej, można więc go było znów wystawić. Opłaciło się to, młody obrońca odczarował Bułgarską, strzelając tu pierwszą bramkę w sezonie. Trener tasuje obrońcami, ale akurat jemu wcześniej szansy nie dawał.

Janek nie dorównuje jeszcze najbardziej wartościowym piłkarzom Lecha, bo za takich trzeba uznać innych defensorów – Kadara i Arajuuriego. Obaj długo już w Lechu nie pograją, a po ich odejściu nasili się zjawisko charakterystyczne dla Lecha w ostatnich sezonach: równanie w dół. Odchodzą piłkarze, którzy mogą znaleźć zatrudnienie w lepszych klubach. W ich miejsce przychodzą tacy, którzy nie mieszczą się w składach drużyn słabszych, a można mieć ich za darmo. W ten sposób wartość drużyny spada. Gdzie te czasy, gdy w Poznaniu występowali piłkarze, o których marzyła reszta kraju. Patrząc na grę niedawno tu sprowadzonego Makuszewskiego nie sposób nie wspomnieć o skrzydłowych, jakich Lech miał przed laty. Kilka sezonów temu ktoś taki, jak Makuszewski nie miałby prawa liczyć, że znajdzie się w składzie Kolejorza.

Mecz z Cracovią udało się wygrać, mimo ciągle słabej, nerwowej i chaotycznej gry. Przeciwnik zagrał tak, jak Lech lubi – bez stawiania zasieków, wzmacniania obrony, nastawiania się na paraliżowanie poczynań przeciwnika i wyprowadzanie kontr. Cała Polska wie, że Lech nie potrafi stosować ataku pozycyjnego, wymienia podania tylko wtedy, gdy jest to bezpieczne, nie grozi stratą piłki. Stąd bierze się rozgrywanie jej między obrońcami, wycofywanie do bramkarza. Od oglądania takiej gry bolą zęby, męczą się też piłkarze. Tylko trenerom to nie przeszkadza. Widać, że w klubie nie pracuje nikt, kto ma pojęcie o futbolu i możliwość podejmowania decyzji. Brak kompetencji w zarządzaniu działem sportu ma bezpośrednie przełożenie na styl gry drużyny.

Cracovia ma to, czego brakuje Lechowi. Potrafi wymieniać podania pod pressingiem rywala. Piłkarze „Pasów” nie boją się podawać do kolegi, który otoczony jest przeciwnikami, więc musi wykonać ruch, by przejąć piłkę. Lech natomiast gra statycznie i bojaźliwie, podaje do najbliższego kolegi lub do obrońcy. Tylko Jevtić niekiedy próbuje zagrań bardziej ryzykownych, w przypadku powodzenia dających przewagę nad przeciwnikiem, przyspieszających grę. Akurat ten piłkarz nie cieszy się wielkim uznaniem trenera. Inaczej niż Burić gra Putnocky. W piątek nie widzieliśmy bezładnych wykopów. Zamiast nich były podania. Szkoda tylko, że nie zawsze udane. Biedny Janek Bednarek miał problem, gdy adresowaną do niego piłkę przejmowali gracze Cracovii i byli o włos od oddania groźnego strzału.

Taktyka Cracovii spowodowała, że Lech miał wolną przestrzeń do wyprowadzania szybkich ataków. Nie jest groźny, gdy gra statycznie, natomiast przyspieszając akcje sieje popłoch w szykach obronnych przeciwnika. Do tego dopisało mu szczęście. Wystarczyło, że na boisko wszedł Marcin Robak, a Hubert Wołąkiewicz, jego ulubiony obrońca, zaczął popełniać błędy. Po jednym z nich Pawłowski mógł przejąć piłkę i przekazać ją napastnikowi, a ten strzelił tak, jak powinien. Potem pokazał to, czego nie powinien: gest uciszający publiczność. Kibice zastanawiali się, co Marcin miał na myśli. Niepotrzebnie. Równie dobrze mógł pokazać cokolwiek innego.

Zwycięstwo z Cracovią można potraktować jako impuls wyprowadzający Lecha na wyższy poziom. Z pewnością wzmocni drużynę psychicznie, ale jest ona tak rozchwiana emocjonalnie, że po pierwszym niepowodzeniu wszystko wróci do smutnej normy. Owszem, impuls jest potrzebny, ale ze strony władz klubu. Nie mogą uwierzyć, że drużyna znów jest na ścieżce zwycięstw, aż tak naiwne nie są. Zdają sobie sprawę z konieczności przebudowy drużyny, same to zresztą przed sezonem zapowiedziały. Jeszcze mają kilkanaście dni na spełnienie danych kibicom obietnic. Bez zawodników przewyższających umiejętnościami i charakterem ligową przeciętność ta drużyna nigdy nie ruszy z miejsca. Trener też nie daje gwarancji, że Lech nie uklęknie przed przeciwnikiem, który mocno się postawi, wzmocni defensywę, wyprowadzi ze dwie skuteczne kontry. Trzeba zrezygnować z chowania głowy w piasek albo stosowania ruchów pozorowanych. Nikt już się na nie nabierze.

Józef Djaczenko