Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lech na krawędzi

włącz .

Ludzie, którzy znów doprowadzili Lecha do potężnego kryzysu, jeszcze raz spróbują go z niego wyprowadzić. Tym razem będzie o wiele trudniej. Nie wystarczy schować głowy w piasek i udawać, że nic się nie stało. Nie wystarczy też zaprezentować nowego trenera i kilku piłkarzy. Niezbędne są ruchy konkretne, zauważalne, satysfakcjonujące kibiców. Nie ma jednak szans na przemiany na szczytach władzy. O odrzuceniu obowiązującej tu mentalności możemy zapomnieć. Sportowe sukcesy nie staną się głównym celem.

Rządzący Lechem od lat ludzie najchętniej na ostatnią klęskę, czyli na przegranie sezonu zareagowaliby tak, jak zawsze: milczeniem. Niestety dla nich, sprawy zaszły zbyt daleko. Trzeba działać. Posypywania głowy popiołem jednak nie będzie, nikt nie przyzna się do niekompetencji. Wprost przeciwnie. Zarząd Lecha pójdzie w zaparte i obecny dysonans powiększy się. Poza gabinetami przy Bułgarskiej nie znajdziemy osób wierzących w fachowość ludzi decydujących o klubie. A jednak decyzje zapadają i nadal będą zapadały w tych właśnie gabinetach. Ten układ zostanie zakonserwowany, bo jest on sensem istnienia obecnego Lecha. Na zmianę ustroju nie ma co liczyć.

W najważniejszej fazie rozgrywek Lech nie wygrał ani jednego meczu. Ostatni raz zwyciężył 9 kwietnia, na pożegnanie fazy zasadniczej. Nie zdobywa bramek, partaczy wszystkie okazje, które uda mu się stworzyć. Piłkarze sprawiają wrażenie zmęczonych i zniechęconych jeszcze przed meczem. Gołym okiem widać, że sztab szkoleniowy nie przygotował dobrze drużyny i już dawno stracił nad nią kontrolę. Zmiany są nakazem chwili, choć zarząd Lecha najchętniej pozostawiłby na stanowisku Jana Urbana, bo tak jest taniej i wygodniej, a to są przecież przesłanki najważniejsze. Sportowy sukces drużyny i odczucia kibiców mają mniejsze znaczenie.

Tym razem taki numer nie przejdzie. Kibice są zbyt zdesperowani i rozżaleni, by spokojnie zareagować na jeszcze jeden przejaw strusiej polityki. Trzeba będzie coś zrobić, by uniknąć pustych trybun, czyli łagodnej reakcji kibiców, albo zmasowanego protestu, czyli reakcji gwałtownej. Najważniejszym krokiem, jaki zarząd podejmie, będzie zaangażowanie nowego trenera. Jeżeli kibice mają się zachować po myśli zarządu, musi być to osoba z głośnym nazwiskiem, dającym szanse na sportowy przełom. Byłby to krok niewygodny. Dobremu trenerowi trzeba byłoby dobrze zapłacić, a w dodatku zgodzić się na to, że będzie miał on własne zdanie, szczególnie w doborze zawodników do drużyny.

W okolicach ulicy Bułgarskiej mówi się, że zarząd mógłby zdobyć się na inny krok, pozwalający uniknąć dużych wydatków przy całkowitym usatysfakcjonowaniu kibiców: powierzyć drużynę Ivanowi Djurdjeviciowi. Nie ma w klubie osoby cieszącej się większym szacunkiem. Kibice uwierzyliby w niego bez zastrzeżeń. Jego silna osobowość byłaby gwarancją zapanowania nowych zwyczajów w szatni. Pod batutą „Ivana Groźnego” nie byłoby odpuszczania, każdy dawałby z siebie wszystko. To człowiek z charyzmą, mocnym charakterem, niemałą już, mimo młodego wieku, wiedzą. Znakomicie sobie radzi jako szkoleniowiec rezerw. Młodzi gracze wierzą w niego, a tym samym w sens narzuconej przez niego pracy. Człowiek, który z niejednego piłkarskiego pieca jadł chleb, mógłby skierować klub na ścieżkę rozwoju.

Rozwiązanie takie niesie jednak ryzyko. Nikt, kto zna ten klub i Ivana nie ma wątpliwości, że objęcie pierwszej drużyny jest mu, prędzej lub później, pisane. Pytanie tylko, czy podjęcie takiej decyzji już dziś nie jest przedwczesne. Gdyby coś poszło nie tak, a w klubie zarządzanym w niekonwencjonalny sposób możliwe jest wszystko, trenerska przyszłość Ivana stanęłaby pod znakiem zapytania. Trudno byłoby mu podnieść się i spróbować jeszcze raz. Strata dla Lecha byłaby niepowetowana. Ivan Djurdjević to postać zbyt cenna, by ryzykować jej spalenie po to tylko, by kupić sobie święty spokój w najbliższych miesiącach.

Nie wiadomo też, co na ten temat powiedziałby sam Ivan. On wie najlepiej, ile ma do zyskania, a ile do stracenia. Zdawałby sobie sprawę, że musi pracować z piłkarzami, których nie on wybrał, a przecież widzi, bo nie jest to tajemnicą dla nikogo, jakie decyzje podejmują osoby decydujące w klubie o budowaniu drużyny. Zgoda na objęcie Lecha oznaczałaby automatyczną akceptację skompromitowanej polityki transferowej. Sytuacji tej nie zmieniłby nawet powrót do Poznania Artjoma Rudniewa lub angaż innej gwiazdy. Dobremu trenerowi pracowałoby się o wiele lepiej, gdyby miał do czynienia z osobami znającymi realia polskiego futbolu, czującymi sport.

Nie wiemy, na jakich warunkach rozstał się z Lechem Maciej Skorża i ile prawdy jest w tym, że do jego zwolnienia doprowadziła szatnia. Czy teraz możliwy jest powrót do klubu szkoleniowca, który zdobył mistrzostwo, ale nie potrafił potem znaleźć z drużyną wspólnego języka? Dziś poszła ona w rozsypkę. Znam kibiców, którym takie rozwiązanie spodobałoby się. Lechowi zostały do rozegrania dwa mecze o nic. W tym czasie zapadną decyzje dla przyszłości klubu kluczowe. Brak tych decyzji też byłby decyzją, zresztą jednoznacznie ocenioną przez kibiców.

Józef Djaczenko