Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

O jedną porażkę za dużo

włącz .

Po finale Pucharu Polski nic już nie będzie takie, jak do tej pory. Rządzący klubem mogą swoim zwyczajem próbować przeczekać trudny moment i twierdzić, że to tylko jeden mecz, w którym równie dobrze wynik mógł być odwrotny, że trzeba grać dalej. Problem w tym, że ten jeden mecz to podsumowanie tego, co w tym klubie działo się w ostatnich latach. To kwintesencja rozbieżności między oczekiwaniami kibiców a postępowaniem osób nastawionych na prowadzenie spokojnego rodzinnego biznesu.

Kiedy odczucia władzy i obywateli drastycznie rozmijają się, mamy do czynienia z wynaturzeniem. Nie może ono trwać w nieskończoność. To prawda znana każdemu politologowi, historykowi, socjologowi. W Lechu też mamy do czynienia z takim rozdźwiękiem. Kibice od lat zmuszani są do przyjmowania, raz za razem, bolesnych ciosów. Nikt nie szanuje ich uczuć, nikt nie wykazuje zrozumienia dla ich cierpienia. Mogą sobie powtarzać: Lech to my. To tylko pobożne życzenie. W rzeczywistości Lech należy do kogoś innego. I nie służy do wygrywania, kreowania emocji, do odnoszenia sukcesów.

Przez ostatnie lata słyszeliśmy przeróżne hasła dotyczące funkcjonowania tego klubu. Dziś brzmią one szyderczo. Właściciel z dumą powtarzał, że w Lechu nie wywala się z dnia na dzień trenerów, lecz pozwala im się pracować długo i konsekwentnie, by mogli się wykazać. Prawda jest taka, że tylko Smuda odszedł po wypełnieniu kontraktu, pozostali byli wyrzucani, gdy wszystko się waliło. Wmawiano nam też, że personalne decyzje są przemyślane, każdy sprowadzany piłkarz jest długo obserwowany zanim komitet transferowy na niego się zdecyduje, że ważną rolę odgrywa psychika gracza, że klub ma listę rankingową dla każdej pozycji i jeżeli nie uda się kogoś sprowadzić, to sięga się po następnego w kolejności. Prawdziwy obraz kompletnie się różni od tej pięknej wizji.

Dotarliśmy do punktu granicznego. Lech potrzebuje nowych piłkarzy, właściwie całej nowej drużyny – o tym wie każdy. Jest jednak niezbędne coś o wiele ważniejszego. Coś, czego tu nie widzimy od dawna: kompetencja osób podejmujących najważniejsze decyzje. Obecna formuła zarządzania wyczerpała się. Ludzie już jej nie kupią. W najlepszym przypadku – nie przyjdą na stadion. Możliwe są też rozwiązania drastyczne, do których kibice kierujący się emocjami zawsze są zdolni. Historia, także ta najnowsza, zna takie przypadki. Obawiam się czegoś, co będzie fatalne dla wszystkich, a szczególnie dla samego Lecha. Próba przeczekania kolejnego kryzysu to zachowanie ryzykowne.

Kilka lat temu w fatalnej sytuacji znajdowała się Legia. Kibice odwrócili się od zarządu, prowadzili z nim wojnę, nie było widać światełka w tunelu. Dziś jest to inny klub. Rządzony przez ludzi, którym można zarzucić wiele, ale z pewnością nie to, że mają Legię gdzieś, a jedynym ich celem jest spokojny biznes, który przyniesie sukces za 5 czy za 10 lat. W Lechu też jest możliwa taka metamorfoza. Nic nie jest dane na zawsze. Obecny, kulejący system, a właściwie brak jakiegokolwiek systemu, jest dziełem ludzi, więc i ludzie mogą ogłosić przemiany. Lech ma wszelkie warunki, by zostać pierwszą siłą w polskim futbolu. Warszawa jest bogatsza i większa, ale sponsorów nie brakuje i w Poznaniu, a przede wszystkim nie brakuje tu atmosfery, oczekiwania sukcesu. Właściciel klubu lekceważył te wartości. Wyrzekł się tego, na co światły biznesmen chuchał by i dmuchał, zamieniał to w złoto. Urzędnikom korporacyjnym wydawało się, że ludzie nabiorą się na czcze hasła. Ciekawe, czy słowa „mocni razem” brzmią dziś dla nich upiornie, czy tylko szyderczo.

Miast, w których funkcjonują oba kluby nie ma co porównywać, ale Legia u siebie ważna jest tylko dla marginesu społeczności. W Wielkopolsce dla setek tysięcy osób istnieje Lech, a potem długo, długo nic. Ludzie ci nigdy nie zaakceptują minimalizmu – braku zaangażowania piłkarzy, amatorszczyzny tych, co im płacą. Lech znalazł się na rozstaju dróg. Jedna z nich jest ślepa, bo to kontynuacja tego, z czym borykamy się od kilku lat. Na szczęście można wybrać drugą.

Józef Djaczenko