Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

"Rzut Okiem" - Jestem złym prorokiem

włącz .

rzut_okiem02.jpg

W poprzednich tekstach zastrzegałem, że nie chcę nim być, ale Lech nie dał mi tej szansy. Nie dał mi szansy, bym mógł napisać, że myliłem się w ocenie gry, strategii rozwoju klubu i drużyny. Nie mam ani grama satysfakcji z tego tytułu. Niestety, moje przewidywania się sprawdziły: Lech nie obronił mistrzostwa, przegrał finał Pucharu Polski, przegrał też szansę gry w Lidze Europy. Przegrał wszystko, co miał do przegrania.

Dlaczego tak się stało? Czy tak musiało być? Odpowiedź nie jest prosta, ale zacznijmy od końca czyli od finału Pucharu Polski.
Zapowiadał się jako widowisko na prawdziwie europejskim poziomie: wybitne osobistości na trybunach, wspaniała oprawa na trybunach, piękny stadion i piękna pogoda. Jednym słowem – wielki świat. Ale wystarczyło kilka minut gry i czar prysnął, a w zasadzie zginął w tumanach dymu z rac i świec dymnych. Z Europy zrobiła się dzika Azja i inicjatywę przejęli „kibice je...ęci”. Masowe odpalanie środków pirotechnicznych skutecznie zakłóciło przebieg gry. W drugiej połowie to był już masowy popis totalnego bezmózgowia ludzi odpalających i – co gorsze – rzucających race na boisko. Nie miało to nic wspólnego z dopingiem i pomocą swoim piłkarzom. Ale taki to już nasz narodowy sposób na kibicowanie. Cała nadzieja, że teraz PZPN przestanie mieć wątpliwości co zasadności zakazu używania środków pirotechnicznych na stadionach.
Co do meczu – był do wygrania. Legia była w zasięgu Lecha. Pierwsza połowa pokazała Lecha walczącego, grającego agresywnie, tworzącego sytuacje. Niestety był to Lech mający dzisiaj kilka słabych punktów, które nie pozwalają mówić dobrze o zespole. Dobrze grający stoperzy, praktycznie nieomylny Kadar, dobry środek pomocy i jeden skrzydłowy – Pawłowski – to za mało na wygranie meczu. Kędziora na prawej obronie wielokrotnie ratowany był przez Arajuuriego. Akcja bramkowa również poszła z jego strony. Jego wyjścia do przodu nic nie dawały, a spóźnione powroty stwarzały zagrożenie pod bramką Buricia. Nie sprawdził się Kownacki w roli żądła. Nie ukłuł ani razu. Przegrywał wszystkie pojedynki z legionistami. Brakowało siły i umiejętności. Niewiele było też pożytku z Lovrencsicsa. Dużo biegał, walczył, ale brakowało dobrych podań otwierających i dośrodkowań. Słabość Lecha było widać szczególnie po stracie bramki, kiedy trzeba było wzmocnić siłę ofensywną zespołu. Wzmocnić, ale kim? Drugi napastnik, Billi Nielsen, po debiucie w roli twórcy filmowego wylądował na trybunach. O wirtualnym napastniku Robaku wspominam z obowiązku statystycznego. A swoją drogą to ciekawe, że podchodził do dekoracji razem z drużyną, chociaż mecze na Bułgarskiej ogląda z loży prasowej nie identyfikując się z zespołem. Trudna sytuacja dla trenera, ale co może zrobić w takiej, a nie innej sytuacji? Mając na ławce to co ma, wypuszcza pomocników z przykazaniem atakowania.
Zespół budowany bez transferowego szaleństwa jest w stanie ugrać to, co ugrał. I nic więcej! Nie pomogą żadne zaklęcia prezesów, opowiadanie o pracy skautów, komitetu transferowego i najlepszej akademii klubowej. Dopóki w ten zespół nie zostaną wpomponowane konkretne pieniądze nie ma co marzyć o sukcesach. Pieniędzy będzie mniej, bo zabraknie premii za start w Lidze Europy. A ponieważ budżet ponad wszystko i „nie będziemy tolerować transferowego awanturnictwa”, na zakupy będą za małe pieniądze lub zobaczymy transfery piłkarzy wolnych na rynku. To nie pozwala myśleć z optymizmem o przyszłym sezonie. Tu niestety znowu sprawdza się moje czarnowidztwo. Brak sukcesów w lidze, przegrany Puchar Polski, brak możliwości startu w pucharach to wymierne kwoty, jakie nie wpłyną do kasy klubu. A ponieważ właściciel nie ma zwyczaju do klubu dokładać (czytaj: inwestować), nie wygląda to dobrze. Brak piłkarza, który będzie przyciągał kibiców na trybuny nie powiększy wpływów z biletów. A taki piłkarz kosztuje przynajmniej 1 milion euro. Nie trzeba daleko szukać: Stępiński z Ruchu Chorzów i Starzyński z Lubina są w stanie dać jakość tej drużynie, a w przyszłości szansę na dobre transfery zagraniczne. Ale najpierw trzeba wyłożyć pieniądze i tu jest problem, bo to już zakrawa na wspomniane awanturnictwo transferowe. I koło się zamyka.
Na koniec chciałbym napisać coś pozytywnego, bo przecież mamy Lecha, mamy Kolejorza, mamy klub, któremu kibicuje kolejne pokolenie Wielkopolan. To jest wartość sama w sobie. Wartość, której nie da się przeliczyć na pieniądze. To emocje, oczekiwania i marzenia tysięcy kibiców. To piękne wspomnienia stadionu na Dębcu, to wspomnienia bramek tercetu ABC, atomowych strzałów Jakóbczaka, popisów Okońskiego, walki Adamca, Szewczyka, Barczaka. Rzecz w tym, żeby ta wartość nie zaginęła gdzieś w buchalteryjnych słupkach i wyliczeniach księgowego kierującego klubem. Wierzę, że Lech wróci na szczyty. Zarządy i prezesi przemijają, a Lech trwa.