Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Waleczne serca? Towar deficytowy

włącz .

Gdyby Liverpool podszedł do ostatniego meczu tak, jak potem Lech do meczu z Legią na Łazienkowskej, nie byłoby sensacyjnego powrotu do gry, odwrócenia historii. Bez hartu ducha i odrobiny szaleństwa niczego wielkiego w futbolu się nie dokona. Dotoczy to każdego szczebla, także zarządzania klubem piłkarskim. Kto snuje opowieści o biznesowym prowadzeniu spółki sportowej i nie kierowaniu się emocjami, a swoją rolę ogranicza do pilnowania budżetu, powinien zdać sprzęt i sprawdzić się w innej branży.

W ciągu jednego wieczoru przewaga Legii nad Lechem, wywalczona przez cały zasadniczy sezon, zmniejszyła się z 19 punktów do 8. Wystarczyło wygrać w Łęcznej przy remisie Legii w Szczecinie, a potem podzielić punkty na pół. Nie można powiedzieć, że rozgrywka zaczęła się od początku, bo jak by nie patrzeć, wciąż zostawała ośmiopunktowa strata do lidera. Nie był to już jednak dystans nie do nadrobienia, bo po ewentualnej porażce na Łazienkowskiej Legia poczułaby zagrożenie. Przecież rok temu jej przewaga też wydawała się bezpieczna, a jednak Lechowi udało się zdobyć mistrzostwo, i to mimo porażki z Jagiellonią i remisu z Wisłą w ostatnim spotkaniu.

Sport to walka, chwytanie się każdej szansy, a nie kunktatorstwo i spokojne ogrywanie kadry kierowniczej i młodych piłkarzy. Celem jest sukces, a nie pozyskiwanie doświadczenia, które może się przydać kiedyś tam i gdzieś tam. Walkę trzeba podjąć natychmiast, w tej sekundzie. Skoro zwycięstwo nad Legią pozwalało ujrzeć symboliczne światło w tunelu, to prawdziwy sportowiec rusza do boju, stawia wszystko na jedną kartę, nie ustaje w determinacji – tak jak zrobił to Liverpool w końcówce meczu z Borussią. Tylko wtedy osiągnie się to, co niemożliwe. Inny pozytywny przykład to Karol Linetty. Jeśli spełni marzenia, to tylko dlatego, że wielki talent poparł jeszcze większym sercem.

Lech owszem, podjął walkę w Warszawie, nie poddał się przed meczem, jak to wcześniej mu się zdarzało. Nie rzucił się jednak rywalowi do gardła, a pierwsze fragmenty spotkania potraktował wręcz ulgowo, jakby jego celem było przede wszystkim nie przegrać. O tym, że stać go na zwycięstwo, przekonał kilkoma akcjami. Legia nie miała przewagi. Nie potrafiła stworzyć sobie groźnej okazji bramkowej. Nie musiała, Lech to czynił za nią, ona nawet nie potrafiła wykorzystać dramatycznych błędów przeciwnika i sędziego. Mimo podarowania legionistom bramki, mecz, a być może i sezon wcale nie był dla Lecha stracony. Trzeba jednak było postawić wszystko na jedną kartę i atakować.

O niektórych zespołach mówi się, że mają mentalność zwycięzców. W Lechu obowiązują inne wartości. Nikt tu przed nikim nie stawia najwyższych celów, wystarczy bezpiecznie przetrwać. Dominuje przekonanie, że jeżeli słupki w rachunku ekonomicznym będą się zgadzać i od czasu do czasu uda się pozyskać niezłego piłkarza, to jakoś tam będzie, może nawet trafi się jakiś pojedynczy sukces. Kibice takiej mentalności mają coraz bardziej dość, dlatego kochają piłkarzy pokazujących trochę szaleństwa, walki, ambicji. Rok temu ich szacunkiem cieszył się Sadajew, teraz w ślady Czeczeńca wydaje się iść Nicki Bille Nielsen. Bramki w Warszawie nie zdobył, nie miał szczęścia, ale i tak zapisał się w pamięci fanów jako gracz walczący, nie odstawiający nogi, prący do przodu. Powinien być wzorem dla kolegów i dać do myślenia władzom klubu. Bez tego, co ma Duńczyk, niczego w tej branży nie zwojują.

Józef Djaczenko