Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Kibice Lecha nie czują się klientami

włącz .

Nieciekawie u progu nowego roku dzieje się w Lechu. Kibice są oburzeni, na internetowym forum zachęcają się do bojkotowania meczów, domagają się zmian w klubie, a przede wszystkim innego podejścia do zarządzania nim. Władze Lecha, jak się wydaje, próbują ten trudny okres przeczekać licząc, że sytuacja znów się unormuje, negatywne emocje opadną, kibice zaczną pasjonować się wynikami drużyny.

Kibice Lecha, na których spadały ciężkie ciosy w postaci kompromitacji ich drużyny w meczach przeciwko europejskim słabeuszom, przeżywają niekończącą się huśtawkę nastrojów. Kiedy po przyjściu do klubu Macieja Skorży i wywalczeniu mistrzostwa kraju wydawało się, że sytuacja jest wreszcie opanowana i drużyna znajduje się w dobrych rękach, nastąpił totalny kryzys. Zatrudnienie Jana Urbana pozwoliło zatrzymać staczanie się Lecha po równi pochyłej, ale nowy rok przyniósł kolejne rozczarowania. Zdążyliśmy przeboleć stratę Hamalainena, a tu nagle okazuje się, że Fin, który miał dość Lecha, z satysfakcją przyjął ofertę Legii.

To nie koniec nieszczęść. Drużyna wyjechała na pierwsze zgrupowanie bez „dziewiątki”, czyli klasycznego napastnika. Od wielu miesięcy było wiadomo, że pozyskanie gracza potrafiącego strzelać bramki to konieczność, że odchodzi ostatni zawodnik zastępujący napastnika. Czasu na działania było mnóstwo, także pieniądze nie są przeszkodą, bo z listy płac spadło ostatnio kilku zawodników. Nie dość, że drużyna pozbawiona jest siły ofensywnej, to odpowiadający za dział sportu wiceprezes klubu przekazał kibicom informację, że liczy się z faktem, iż wiosną znów trzeba będzie sobie radzić bez napastnika.

Wiadomość ta nie mogła ucieszyć fanów Kolejorza, a kilka dni później zapoznali się oni z treścią odpowiedzi rady nadzorczej KKS Lech Poznań SA na postulaty wysłane przez Stowarzyszenie Kibiców Lecha Poznań w okresie jednego z największych kryzysów sportowych w dziejach klubu. Kibice domagali się innego podejścia do zarządzania. Chcieli mieć większy wpływ na strategię rozwojową, żądali też zaangażowania dyrektora sportowego, czyli osoby znającej się na futbolu, co pozwoliłoby uniknąć kosztownych błędów popełnianych od kilku lat.

Pismo rady nadzorczej zmartwiło kibiców jeszcze bardziej niż wypowiedzi wiceprezesa. Klub nie zwiększy „pod wpływem mediów” kwoty wydawanej na transfery, nie zamierza też zmienić sposobu zarządzania, powołać dyrektora sportowego. Rada nadzorcza pozytywnie ocenia wyniki sportowe uzyskiwane w ostatnich latach przez zespół, także transfery uznaje za efektywne. Za negatyw uznaje wyniki uzyskiwane w europejskich pucharach. Podkreśla awans do pierwszej drużyny trzech wychowanków klubu – Kędziory, Linettego, Kownackiego. W liście czytamy też, że Lech uzyskuje roczne przychody w wysokości 60-80 milionów zł. Kontrola działalności klubu dysponującego poważnymi aktywami wymaga mocnego mandatu i doświadczenia biznesowego. Kibice nie mogą w tym uczestniczyć, „tak jak producent np. samochodów nie zaprasza do udziału w pracach rady nadzorczej swoich klientów”.

Właśnie to ostatnie stwierdzenie najbardziej dopiekło kibicom. W ich wypowiedziach przewija się motyw, że klubu sportowego, szczególnie takiego, jak Lech, nie można porównać do zwykłej spółki, do fabryki samochodów czy innego biznesu. Nie są klientami swego klubu, ale jego integralną częścią. Co więcej – bez nich ten klub nie tylko nie przetrwałby tak długo, nie pokonał trudnych zakrętów historii, ale i nie mógłby kontynuować działalności także dziś. Boli ich, że ich odczucia rozmijają się z zasadami prowadzenia futbolowego interesu przez obecne władze klubu.

Piłka nożna budowana jest na emocjach, których nie można ani zaplanować, ani biznesowo rozliczyć. Można próbować zarządzać klubem sportowym jak zwykłą korporacją, ale zawsze będzie tu czegoś brakować. Urzędnicy, księgowi, liczni dyrektorzy, zawodowi marketingowcy nigdy nie stworzą otoczki, dzięki której klub istnieje, cieszy się kultem, znajduje drogę do ludzkich serc. Legendy nie zbuduje się za pieniądze. Próbując administracyjnie zapanować nad kultem można się tylko ośmieszyć. Piłkarze chętnie podpiszą się pod wymyśloną przez dział marketingu tablicą z napisem „Mocni razem”, ale za chwilę bez zmrużenia oka zameldują się w drużynie odwiecznego rywala. Ludzie to widzą, komentują, mają własne odczucia. Nie wolno ich ignorować, wyznaczać im rolę tych, co mają kupić karnet i akceptować wszelkie działania ludzi z doświadczeniem biznesowym.

Kibice mają własne zasady, własne wyczucie wartości i tradycji. Czują dysonans między tym, co czują i czego oczekują a codziennością swego klubu. Wypowiadając się na forach internetowych, żądając bojkotu nie prezentują odosobnionych poglądów. Podziela je zdecydowana większość osób pasjonujących się Lechem lub tylko nim się interesujących. Zadziwiające, że przy Bułgarskiej nikt tego nie dostrzega, albo wszyscy świadomie to ignorują. Rada nadzorcza, składająca się z ludzi znających się na biznesie, będzie musiała albo zweryfikować strategię, albo wziąć pod uwagę odejście klientów.

Józef Djaczenko