Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Bez sentymentów. Hamalainenowi obojętne, kto mu (dużo) płaci

włącz .

Kasper Hamalainen cieszył się w Poznaniu niespotykanym szacunkiem. Ceniono go nie tylko za umiejętności piłkarskie, ale i za to, jakim był człowiekiem, jak się wypowiadał i prezentował. Facet z klasą – tak można go było krótko ale treściwie scharakteryzować. Gdy odchodził żegnaliśmy go jak bohatera, który nas uszczęśliwił i wyrusza w świat w poszukiwaniu nowych, godnych siebie wyzwań. Wystarczyło przyjęcie lukratywnej oferty Legii, by Kasper spadł z piedestału poważnie nadszarpując przy okazji wizerunek Lecha.

Fin do ostatniej chwili nie zdradzał życiowych planów. Trzymał władze i kibiców Lecha w niepewności tak długo, jak to możliwe, a na koniec dał do zrozumienia, że jego rodzina woli mieszkać w innym miejscu. Nie sądzę, by już wtedy brał pod uwagę grę w Legii. Prawdopodobnie liczył na ofertę z lepszego, bogatszego klubu, z ciekawego miejsca w Europie. Szybko się okazało, że gra w polskiej lidze, nawet w mistrzowskiej drużynie, to kiepska rekomendacja. Stadiony mamy coraz lepsze, ale sportowy poziom czołowych klubów ani drgnie. I trudno się dziwić, gdy zarządzają tym amatorzy. Wystarczy zaangażować człowieka z wizją budowania drużyny i doświadczeniem, potrafiącego ocenić przydatność niedrogich zawodników, by ośmieszyć konkurencję. Przykład Piasta Gliwice jest wymowny.

Kasper nie podpisał bajecznego kontraktu z klubem z mocnej ligi. Bliski był przeniesienia się do Grecji. W tym momencie do akcji przystąpiła Legia, która pozyskanie człowieka, dla którego Lech zrobił się za słaby, potraktowała nie tylko jako szansę wzmocnienia drużyny, ale jako kolejną okazję dania największemu konkurentowi marketingowego pstryczka w nos. Kibice Lecha ze smutkiem przyjęli rozstanie z najlepszym ofensywnym zawodnikiem, jedynym graczem potrafiącym od czasu do czasu zdobyć bramkę. Jego przejście do znienawidzonego konkurenta potraktowali jako zniewagę. Mają żal i do piłkarza, który tak ich potraktował, i do władz klubu, że nie potrafiły tego gracza zatrzymać.

Hamalainen idiotą nie jest i musi wiedzieć, co o nim teraz myślą w Poznaniu. Z pewnością świetnie pamięta swoje wypowiedzi na temat przyszłości własnej i tak dla niego ważnej rodziny. Skoro Poznań nie był dla niego wygodnym do życia miejscem, to szybko się przekona, co oferuje Warszawa. Wątpię, by został gwiazdą Legii, nie będzie tam jedynym zawodnikiem potrafiącym udawać napastnika. Reprezentacja Finlandii nie zalicza się nawet do europejskich średniaków, a w jej składzie Hamalainen nie błyszczy, są lepsi od niego. Na Legię skusił się tylko z chęci wykorzystania lekkiej ręki władz tego klubu do wydawania pieniędzy. Nie wadzi mu, że wpisał się w rywalizację (nie tylko sportową) między klubami. Pewnie nawet już nie pamięta, że zdarzyło mu się śpiewać brzydkie piosenki zaczynające się od słowa „Legia”.

Trudno mieć pretensje do władz Lecha za to, że nie skusiły Fina milionami euro. Można natomiast – a nawet trzeba – wytykać, że Lech od lat właściwie stoi w miejscu, czyli się cofa. Właściciel klubu ani myśli iść w ślady Bogusława Cupiała i sypać milionami. Woli tracić pieniądze w inny sposób. Klub nie wykorzystuje ogromnego potencjału, nie zarabia tyle, ile powinien, bo kibice odwracają się od drużyny nieprofesjonalnie budowanej, wyspecjalizowanej w sprawianiu im zawodu. Przez ostatnie lata można było w Europie zarobić mnóstwo pieniędzy, ale nie jest to możliwe, gdy zatrudnia się kompletnie bezradnych trenerów, a potem kultywuje zasadę trzymania ich na stanowisku do upadłego, aż do potężnego kryzysu.

Decyzja Hamalainena, bolesna dla poprzedniego pracodawcy, ma dla Legii wymierną cenę. W Lechu cieszą się, że warszawiacy poświęcili miliony bez gwarancji, że Fin okaże się warty takich pieniędzy. W Warszawie cieszą się natomiast z podtrzymania tradycji klubu wyspecjalizowanego w osłabianiu konkurencji. Poznańscy kibice są rozczarowani i zniechęceni, ale muszą przyjąć do wiadomości, że układ sił w polskim futbolu zmieni się dopiero wtedy, gdy właściciel Lecha zweryfikuje priorytety.

Józef Djaczenko