Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Na Bułgarskiej powiało optymizmem

włącz .

Na meczu z Wisłą można się było spodziewać rekordowo niskiej frekwencji. Środek grudniowego tygodnia, Lech nie porywa grą nawet w meczach zwycięskich, kibice mają prawo czuć mały przesyt ligową piłką. Na stadion przyszło jednak, według oficjalnej informacji, ponad 13 tysięcy osób. Zakładając, że liczba ta jest prawdziwa – a czasami wydaje się, że podawane wartości są przesadzone – ludzie wciąż chcą oglądać Lecha. W środę spotkała ich za to nagroda.

Tym razem nie było zamknięcia się za podwójną gardą, przeszkadzania przeciwnikowi, czyhania na jedno skuteczne, przesądzające o wyniku zagranie. Nawet gdy Wisła jeszcze była w pełnym składzie Lech dominował, stać go było na szybkie rozgrywanie akcji. Szczególnie jedna z nich była piękna. Zaczęła się od wymiany szybkich, krótkich podań na własnej połowie, potem było zagranie z lewej strony boiska na prawą, dośrodkowanie Jevticia, a Kownackiemu i Dudce zabrakło do piłki centymetrów.

Kownacki i Jevtić mieli bardzo długą przerwę w grze, co było widać, gdy nie do końca czuli się panami wydarzeń, brakowało im wyczucia, orientacji, nadążania za rytmem boiskowych wydarzeń. Dotyczy to przede wszystkim Szwajcara. Potrafił zawiązać świetną akcję lub wyjść do błyskawicznej kontry, minąć zwodami kilku rywali, by nagle stracić koncept, a po chwili piłkę. Wydaje się, że w kolejnych meczach będzie grał coraz lepiej. Oby tylko znów nie wpadł w kłopoty zdrowotne. Pewności nabierze też Kownacki, a pomoże mu w tym pewnie wykonany rzut karny.

Do realizacji celu, jaki postawili sobie piłkarze, czyli wejścia do pierwszej ósemki jeszcze w tym roku, brakuje niewiele. Koniec roku będzie jednak dla nich ciężki, bo przed Bożym Narodzeniem muszą rozegrać trzy ważne spotkania w ligowe, w tym dwa wyjazdowe: już w sobotę zmierzą się w Kielcach z Koroną, dwa dni przed wigilią zagrają w Gliwicach, w międzyczasie ugoszczą Zagłębie Lubin i już w czwartek spotkają się w Lidze Europy z FC Basel. Kibice, którzy zasiedli w środę na trybunach przekonali się, że forma drużyny rośnie. To był chyba najlepszy mecz Kolejorza od zwycięskiego Superpucharu, czyli od lipca. Drużynie nie przeszkodził nawet brak napastnika, a pomogła – jak złośliwie twierdzą kibice – absencja Thomalli.

Jan Urban z pewnością jest dobrym trenerem, być może w Polsce nie ma teraz od niego lepszego. Przede wszystkim jednak okazał się mądrym psychologiem. Trafił do piłkarzy, przekonał ich do siebie, do swoich pomysłów i do tego, że zwyciężać można także wtedy, gdy nie gra się żelazną, mistrzowską „jedenastką”. Choć zaczął pechowo, bo od błyskawicznie straconych bramek w meczu z Ruchem, to potem zła karta się odwróciła i drużyna wyszła na prostą. Pierwszy raz od pół roku możemy sobie pozwolić na optymizm. Polska liga jest tak nieprzewidywalna, że możliwe są wszystkie rozstrzygnięcia, szczególnie po niesprawiedliwym, a korzystnym dla Lecha podziale punktów po zasadniczej części sezonu. Jest tylko jeden warunek – dobrą passę trzeba kontynuować. Drużyna musi być zimą wzmocniona, oby jednak znów nie uległa „wzmocnieniom”.