Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Zgodnie z planem

włącz .

Lech przegrał mecz jeszcze w drodze na stadion. Przegrał go w swoich głowach, nie w walce boiskowej. Było to widać zwłaszcza w pierwszej połowie, gdy Arajuuri wymieniał z Kamińskim kilka podań w poprzek boiska, żeby w końcu podać do swojego bramkarza. Lechici byli sparaliżowani strachem przed odpowiedzialnością za jakieś śmielsze i bardziej ryzykowne zagranie. Nerwowość było widać także u Gostomskiego.

Nie od dziś wiadomo, że zawodnik ten „pali” się w ważnym meczu i dzisiaj też zaczął od kiksu w pierwszych minutach. W drugiej połowie również wprawił wszystkich w osłupienie, kiedy ratując drużynę od kornera wybił piłkę i odwrócił się do niej plecami, jakby nagle wyłączył się z bieżącej sytuacji. Lech grał statycznie, bez wychodzenia na pozycję, w tempie wolnego truchtania. Zawodnikiem wyłamującym się z tego schematu – w sensie pozytywnym – był Gajos, ale i on po dwóch kwadransach zgasł nie znajdując wsparcia w kolegach z drużyny.

Gospodarze grali spokojnie czekając na to, co było do przewidzenia: na okazję sprezentowaną przez Lecha. Bezbramkowy remis do przerwy nie był sukcesem Lecha, tylko efektem braku zaangażowania w grę zespołu FC Basel. Po przerwie poszło już szybko: beznadziejnie głupia druga żółta kartka Linetty’ego i Lech gra w dziesiątkę. Rozpoczęło się oczekiwanie na to, co było już nieuchronne – na bramkę dla gospodarzy. Padła ona praktycznie z niczego – długa wrzutka w pole karne, błąd Kamińskiego i stało się. O dziwo nie napędziło to gospodarzy do dalszych ataków. Nadal grali tak, aby wygrać możliwie najmniejszym kosztem. Lech próbował atakować, zwłaszcza po wprowadzeniu Hamalainena i Trałki, ale o skuteczności tych prób może świadczyć fakt, że pierwszy celny strzał Lech oddał w 87-ej minucie. Wystarczyło jedno przyspieszenie gry przez Szwajcarów, by rozklepali obronę Lecha strzelając drugą bramkę tuż przed końcem spotkania.

Nadal widać, że piłkarze Lecha nie radzą sobie z presją sytuacji, w jakiej się znaleźli. Nadal widać też bezradność sztabu szkoleniowego wobec kryzysu zespołu. To nie rokuje dobrze na przyszłość. Jeśli w Krakowie znowu będzie porażka, to chyba trzeba realnie pomyśleć o zatrudnieniu trenera, który wstrząśnie piłkarzami i jednocześnie odbuduje ich wiarę w siebie i swoje umiejętności. Zbyt długie odwlekanie takiej decyzji przerabialiśmy już w przypadku Bakero. Obyśmy nie mieli znowu powtórki z rozrywki. Już nie ma na co czekać. Brnąc dalej w tym kierunku niebawem Lech zacznie walczyć o utrzymanie się w Ekstraklasie. Nie o takim celu dla zespołu mówili niedawno prezesi.

Ryszard Rostkowski