Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Zawodowcy i amatorzy

włącz .

Bardzo bym chciał, by Lech znalazł się w fazie grupowej Ligi Europy. Decydujący o rozstawieniu w losowaniach, wysoki niegdyś współczynnik UEFA przestałby się wreszcie kurczyć, klub straciłby argument na rzecz „równoważenia”, czyli odchudzania budżetu, a przede wszystkim fani mieliby okazję kibicowania ukochanej drużynie w pojedynkach z dobrymi europejskimi firmami. Z drugiej jednak strony boję się tego sukcesu. Straty mogłyby być dużo większe niż korzyści.

Brak awansu Lecha do fazy grupowej byłby niespodzianką. Co prawda jest kompletnie nieprzygotowany do sezonu, i to pod każdym względem, ale jego rywal prezentuje się jeszcze gorzej, w słabszej lidze węgierskiej leje go każdy. Wyobraźmy sobie, że Lech eliminuje Videoton. I co dalej? Grozi mu w grupie jedna bolesna porażka po drugiej. Nie dość, że nie ma w składzie wielu klasowych piłkarzy, to jeszcze są oni kontuzjowani albo w zadziwiający sposób pozbyli się formy z poprzedniego sezonu. Grę w Europie trzeba byłoby godzić z meczami ligowymi, a jak „świetnie” Lechowi to wychodzi, widzieliśmy w Krakowie, Lubinie, także u siebie w meczach z Koroną i Pogonią. Obrona tytułu byłaby nieosiągalna. Szczytem marzeń stałoby się wywalczenia miejsca na podium.

Prawda jest bolesna. Obecny mistrz Polski jest zbyt słaby, by rok po roku walczyć o ligowe trofea i dobrze pokazywać się w Europie, najwyżej raz na kilka lat powiedzie się jakiś zryw, uda się wykorzystać słabość rywali. Dlaczego Lech jest tak słaby? Odpowiedź jest banalnie prosta: nie ma w składzie klasowych piłkarzy. Owszem, grają tu zawodnicy błyszczący (przynajmniej co jakiś czas) na tle ligowej szarzyzny, ale daleko im do średniej europejskiej, a poza tym jest ich niewielu. Ile znaczą zmiennicy, na co ich stać przekonaliśmy się, gdy już po miesiącu muszą zastępować kontuzjowanych lub padających z wyczerpania kolegów.

Budowa dobrej drużyny za niewielkie pieniądze – a do tego, jak widać, dąży się w Lechu – udaje się tylko wtedy, gdy biorą się za to ludzie z doświadczeniem, intuicją, znajomością rzeczy. Krótko mówiąc – zawodowcy. Jeżeli do dzieła przystępują amatorzy, nie legitymujący się niczym oprócz szczerych chęci, skutki są opłakane. Do drużyny kooptowani są gracze, których po pół roku trzeba odesłać z powrotem, sadzać na długo na ławce rezerwowych, kierować do drużyny rezerw. Zaklęcia typu „trzeba poczekać, aż ten zawodnik zostanie wkomponowany do drużyny, pozna nasz system gry” to żałosna próba tuszowania niekompetencji. Lewandowski, Peszko, Stilić, Rudniew ani nie czekali w nieskończoność na ławce rezerwowych, ani nie zaczynali przygody z Lechem od wielomiesięcznego dochodzenia do zdrowia. Zapewnili drużynie wysoką jakość natychmiast, z dnia na dzień.

Z ust szefów Lecha słyszeliśmy niegdyś słowa: „Nie stać nas na sprowadzanie byle kogo. Każdy nowy piłkarz musi być lepszy od tych, których już mamy. Uzupełnienia składu można dokonać sięgając po wychowanków”. Hasło to z pewnością już dziś nie obowiązuje, bo gdyby było aktualne, do Lecha nie trafiłyby takie nadzieje europejskiego futbolu, jak Dudka i Robak. Inne słowa władz Lecha: „Zanim podejmiemy decyzję o sprowadzeniu piłkarza, długo go obserwujemy, a interesują nas nie tylko jego umiejętności, ale i cechy psychiczne”. Gdyby była to prawda, Lech nie wydałby setek tysięcy euro na Keitę.

Nie wiemy, który decydent kryje się pod pseudonimem „komitet transferowy”, ale wiemy, że Lech nie rozwija skrzydeł, nie dokonuje prawdziwych wzmocnień. FC Basel podobno jest wzorem dla władz Lecha, a Szwajcarzy zawsze są przygotowani do zastąpienia kontuzjowanych lub odchodzących piłkarzy. Wiedzą, że w miarę mocna „jedenastka” i tłum dużo słabszych piłkarzy to droga donikąd. Nowych graczy nie sprowadza się po to, by zasiedli na ławce na kilka miesięcy, by przez całą rundę, zanim wrócą do domu, próbowali łapać wspólny język z kolegami. Mistrzostwo Polski obudziło w nas wielkie oczekiwania, ale lepiej się nie łudzić. Dopóki w naszym klubie nie nastąpi przewartościowanie, będziemy mieli to, co do tej pory: sukces raz na kilka lat, a na co dzień wstyd i zawiedzione nadzieje.

Józef Djaczenko