Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Piłkarze i kibice triumfują. Czy to początek budowy Wielkiego Lecha?

włącz .

Nie ma co ukrywać – nie wierzyłem w ten sukces, nie wierzyłem w tę drużynę. Byłem wśród tych rozgoryczonych kolejnymi niepowodzeniami, którzy z potrzeby serca krytykują klub, z którym się utożsamiają. Trudno zresztą było o racjonalne przesłanki przemawiające za tak nieprawdopodobną metamorfozą. Dopiero pod koniec sezonu można było odnieść wrażenie, że klub pozbył się swych zagubionych, stłamszonych piłkarzy i zastąpił ich innymi.

To, co się stało ostatnio z Lechem, jest zasługą jednego człowieka – Macieja Skorży. Zastał drużynę całkowicie rozbitą doznawanymi klęskami, nie potrafiącą się podnieść, skazaną na wieczną poniewierkę. Nikt od tych piłkarzy nigdy nie oczekiwał walki o najwyższe trofea, w klubie nie czuło się dążenia do sukcesu, liczyła się spokojna praca, z planami rozłożonymi na długie lata, a największą cnotą była troska o równowagę budżetową. Trener Skorża nie jest szaleńcem porywającym się z motyką na słońce. Zdał sobie sprawę z potencjału swych piłkarzy i umiejętnie go wyzwolił. Sezon zapowiadający się jako kolejny byle jaki zamienił na szalony, zakończony wielkim świętem.

Największa przemiana dokonała się w sferze mentalnej. Ludzie upadający na duchu po pierwszym lepszym niepowodzeniu stali się walczakami nie zamierzającymi wypuścić ogromnej szansy z ręki. Dodatkowa faza rozgrywek pokazała ich moc, do tej pory pozostającą w uśpieniu i czekającą, aż przyjdzie ktoś, kto ją obudzi i powie: drugie miejsce to klęska, stać nas na pierwsze. Ten ktoś rozejrzał się wokół, zobaczył setki tysięcy ludzi tęskniących do sukcesu, zniesmaczonych „pracą długofalową i biznesową”, brakiem odrobiny szaleństwa, bez którego trudno porywać się na najtrudniejsze cele i spełniać marzenia.

Z satysfakcją obserwujemy, jak nasz sukces odbierany jest tam, gdzie myśleli, że mistrzostwo im się z urzędu należy. Prezes Legii wzbudził niechęć w całej Polsce głosząc dyrdymały na temat wyjątkowości klubu, jego misji zbierania po całej Polsce i przenoszenia do Warszawy wszystkiego, co najlepsze. Był przekonany, że polscy piłkarze dzielą się na tych szczęśliwców, co już trafili do Legii i pozostałych, głęboko rozczarowanych, że nie mogą grać w stolicy. Trudno się dziwić, że zdecydowana większość środowiska chętniej w fotelu mistrza widziała Lecha.

To nie znaczy, że nasi rywale podkładali się nam, ułatwiali zdobywanie punktów. Nie udało się na koniec pokonać Wisły, ale pozostaje satysfakcja, że wywalczyliśmy tytuł po ciężkim boju, po walce do samego końca. Taki triumf smakuje najbardziej. Kibice okazali piłkarzom nieograniczone zaufanie fetując sukces zanim stał się on faktem. Łatwo sobie wyobrazić falę kpin i gromki śmiech całego piłkarskiego świata, gdyby trzeba było mistrzowską oprawę demontować w trybie nagłym. Trener Wisły to były napastnik Lecha, ale wszelkie sentymenty, jako gwardzista z krwi i kości, porzucił już dawno. Przyznał, że przybył do swego byłego klubu z misją zepsucia mu święta. On jednak potrafił mistrzom pogratulować, gdy światowiec z Norwegii, szczycący się angielskim obyciem piłkarskim, postąpił jak burak.

Dzielny wojak Szwejk pytany, jak długo potrwa wojna odpowiedział, że to oczywiste – piętnaście lat. Mieliśmy przecież wojnę trzydziestoletnią, a teraz ludzie są o połowę mądrzejsi. Wierzę więc, że przez pięć lat, jakie minęły od zdobycia poprzedniego tytułu, w klubie specjalizującym się w wyciąganiu wniosków nastąpiła mentalna przemiana równa tej, jaką widzieliśmy w drużynie. I że uda się przedsięwziąć kroki umożliwiające trochę szybsze i bardziej regularnie sięganie po sukcesy. Warto stworzyć drużynę nie tylko spełniającą długofalowe plany władz klubu, ale potrafiącą już dziś powalczyć o Ligę Mistrzów. Zdobycie mistrzostwa Polski też wydawało się niemożliwe…

Trener wydobył z podopiecznych to, co było konieczne do triumfowania. Nie wiem, czy to już maksimum możliwości tych graczy, nie ma jednak wątpliwości, że całą drużynę stać na dużo więcej, szczególnie gdy wreszcie zaczęła w siebie wierzyć. Trzeba ją tylko umiejętnie wzmocnić a nie uzupełnić zawodnikami ogrywanymi w rezerwach. Nie jest łatwo o takich graczy, a jeszcze trudniej będzie wkomponować ich w zespół. Maciej Skorża jak nikt inny trafia do podopiecznych, jednak nawet on potrzebuje na to chwilkę czasu. Nie ma sensu najpierw ociągać się ze sprowadzeniem wartościowych piłkarzy, a po odpadnięciu z pucharów stwierdzić, że teraz straciło to sens. Piłkarze pojechali na krótkie ale zasłużone wakacje, natomiast dla pracowników działu sportu Lecha zaczyna się batalia o przyszłość naszego klubu.

Józef Djaczenko