Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lech na ligowym szczycie. Oby do końca sezonu

włącz .

Mistrzostwo Polski jest tak bliskie, że wielkim grzechem byłoby zmarnować szansę być może niepowtarzalną, a z pewnością największą od pięciu lat. Najbliższe tygodnie mogą wyznaczyć drogę rozwoju Lecha w kolejnych sezonach, zapoczątkować budowę potęgi, doszczętnie skompromitować uprawianą przez klub politykę ostrożności, eufemistycznie zwaną równoważeniem budżetu. Przy odrobinie szczęścia i opanowaniu drżenia nóg nasi piłkarze wywalczą to, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się nieosiągalne.

Nieosiągalne wydawało się też to, co już mamy, a co przyszło dziwnie łatwo – pozycję lidera tabeli miesiąc przed końcem rozgrywek. Wiosną Lech najczęściej spisywał się fatalnie, czołowi zawodnicy albo nie grali wcale, ale udawali grę. Drużyna nie potrafiła wygrać dwóch kolejnych spotkań, trwoniła punkty w spotkaniach ze słabeuszami, rozdygotani piłkarze i trenerzy opowiadali swoje ulubione bajki o wyciąganiu wniosków. Trudno było o kibica Kolejorza stawiającego na doścignięcie Legii.

O ile jednak Lech grał nierówno, potrafił rozegrać całkiem dobrą połowę meczu, by za tydzień poddać się prawie przez walki, to Legia była jeszcze słabsza. Częściej przegrywała, grała schematycznie, zdobywała mało punktów. Grzechem byłoby nie wykorzystać marności największego rywala. Marności dziwnej, bo połączonej z opowieściami o potędze warszawskiego klubu, rosnącym budżecie, gwiazdach w składzie, doświadczeniu w trudnych bojach z klasowymi drużynami, dominacji w lidze na lata. Kiedy dochodziło do bezpośrednich konfrontacji z Lechem okazywało się, że król jest nagi. Nikt nie dostrzegał wyższości Legii, co najwyżej większe wyrachowanie i dużo szczęścia, także do sędziów.

Z Legią Lech zmierzył się w tym sezonie aż cztery razy. Jesienią prowadził na Łazienkowskiej, ale zademonstrował swój znak firmowy – trwonienie przewagi. W Poznaniu wygrał. W finale Pucharu Polski przegrał tę ważniejszą, czyli drugą połowę i nie wywalczył trofeum. To była jedyna porażka z Legią. Po tygodniu wziął pełny rewanż zrzucając zarozumiałych warszawiaków z fotelu lidera. Także ten mecz składał się z dwóch różnych połów, zresztą w wykonaniu obu zespołów. Do przerwy Lech był drużyną lepszą, choć obie grały źle. Miał przewagę. Na początku drugiej połowy zadał dwa ciosy na które Legia nie odpowiedziała, mimo iż uzyskała dużą przewagę.

Sytuacja po tym wydarzeniu jest dla Lecha komfortowa. Klasowa, pewna siebie drużyna nie wypuściłaby pierwszego miejsca z ręki, raczej powiększyłaby przewagę, bo przeciwnik okazał się tygrysem papierowym. Czy możemy wierzyć, że Lech znów nas boleśnie nie rozczaruje? Nie mamy innego wyjścia. To prawda, że naszym piłkarzom nie możemy zarzucić ani wielkiej odporności psychicznej, ani pewności siebie, ani poczucia własnej wartości. Po ostatnim zwycięstwie powinni jednak poczuć się dużo spokojniej. W bezpośrednim starciu z głównym rywalem okazali się lepsi, i to nie pierwszy raz w sezonie.

Problem w tym, że nie tylko z Legią Lech musi rywalizować, ale i z innymi zespołami. Jest dobrze zorganizowaną, mającą w składzie klasowych graczy drużyną, ale o dominacji nad ligową konkurencją nie ma mowy. Trzeba rozegrać sześć bardzo dobrych spotkań, by dowieźć liderowania do ostatniej kolejki. Wystarczy, że Lech raz zremisuje, a Legia wygra, by nastąpiło zrównanie się punktami, czyli ponowna zmiana lidera, bo to Legia prowadziła po rundzie zasadniczej.

W niedzielę przyjedzie do Poznania Jagiellonia. Nie będzie łatwo ją zdominować i pokonać, trzeba uważać na groźne kontry, z których zespół z Białegostoku słynie. Nie wyobrażam sobie, by na trybunach nie zjawiło się co najmniej 30 tysięcy kibiców świadomych tego, że szczęście jest bliskie. Tłumy przyszły też na mecz z Koroną, gdy była szansa wyjścia na pierwsze miejsce, ale nasi piłkarze nie wytrzymali presji. Teraz muszą wyciągnąć swoje ulubione wnioski, pokazać mentalność zwycięzców. Jeżeli poddadzą się przed meczem, to okaże się, że nie są godni tytułu, o który walczą, a który pomoże im się znaleźć w innym świecie.

Tego samego dnia Legia zagra we Wrocławiu i też nie będzie pewna swego. Porażka Śląska może pozbawić ten klub szansy grania w pucharach, drugi rok z rzędu. Legia zmierzy się z drużyną zdeterminowaną, ale łatwą do ogrania, bo stosującą w każdym meczu tę samą taktykę. Mimo wszystko faworyta wskazać trudno. Po tygodniu nastąpi zmiana par – Legia u siebie zagra z „Jagą” czującą się przy Łazienkowskiej jak ryba w wodzie, ale nie mającą patentu na wygrywanie. Do Poznania przyjedzie Śląsk. Wydaje się, że najtrudniej będzie Lechowi wygrać w Gdańsku, gdzie Lechia ostatnio nie przegrywa. Łatwiej zapowiada się wyjazd do Zabrza, w międzyczasie trzeba wreszcie pokonać u siebie Pogoń. W ostatniej kolejce gościmy Wisłę. Legia też jedzie do Gdańska, też gości Wisłę. Pewne jest tylko to, o czym często mówi trener Lecha: będzie ciekawie. Ale czy zwycięsko? Jeżeli nie teraz, to kiedy?

Józef Djaczenko